ArteCast · Transkrypcja
ANNA ORBACZEWSKA / Najważniejsze to być autentyczną
Prowadząca: Anna Szynwelska
ArteCast, podcast o sztuce współczesnej
[dżingiel ]
Anna Szynwelska
...przysuń się może trochę bliżej do mikrofonu.
Anna Orbaczewska
Teraz dobrze?
Anna Szynwelska
Tak, myślę że tak.
Anna Orbaczewska
Mam takie wrażenie, jak jest mikrofon, że mam ochotę go ugryźć. Tak po prostu - ciach!
[dżingiel]
WPROWADZENIE (Anna Szynwelska)
No tak. To była mała zajawka pierwszej rozmowy, którą chciałabym się z wami podzielić. Bohaterką pierwszego odcinka ArteCastu jest nikt inny jak Anna Orbaczewska, malarka, której twórczość była prezentowana na licznych wystawach w Polsce i za granicą, a jej obrazy znajdują się w kolekcjach prywatnych i instytucjonalnych. Jej malarstwo oparte na intensywnej pracy z kolorem i emocją jest zapisem wewnętrznych procesów oraz relacji z naturą. Podczas tego spotkania porozmawiamy o jej ścieżce rozwoju. Nie tylko jako artystki, ale także jako osoby samoświadomej, pełnej wewnętrznej siły, odkrywającej własne potrzeby I odważnie przenoszącej emocje na płótno. Dotkniemy również bardziej osobistych wątków, relacji z rodziną, z dziećmi, ich dorastania i przemian, które znajdowały swe odbicie obrazach Ani. To rozmowa o autentyczności, o słuchaniu serca i o poczuciu jedności z naturą jako źródle spokoju, energii i twórczej mocy. Zapraszam do słuchania.
[dżingiel]
Anna Szynwelska
Cofnijmy się trochę do twoich studiów na ASP. Co otworzyło ci najbardziej oczy na to, co chcesz robić w tamtym czasie?
Anna Orbaczewska
Chyba doświadczenie życiowe. Mi się wydaje, że studia są takim momentem, że dorastamy, tak? Wyjeżdżamy z domu, zwykle wyjeżdżamy z domu. No ja wyjechałam, więc to był ten moment, kiedy zaczęłam żyć trochę na własny rachunek. Zaczynasz patrzeć troszeczkę inaczej na rzeczywistość, chociaż I tak byłam w super sytuacji, bo miałam rętę po ojcu dosyć wysoką i to mi pozwalało w miarę bezstresowo w tamtych czasach egzystować, to znaczy mieć na podstawę, tak? Nie martwić się o to. No ale wydaje mi się, że zdobywanie doświadczenia takiego życiowego, odnajdywanie siebie, w ogóle znajdywanie kontaktu ze sobą, poprzez to, że jednak się wyrywamy, wyjeżdżamy z domu i zaczynamy funkcjonować w zupełnie innym kontekście, w innych realiach, to na pewno miało duży wpływ na mnie. Ale też później studia w Holandii. Ja na trzecim roku wyjechałam na 2 lata i to było fajne i niefajne przeżycie, bo to było też mega trudne dla mnie, bo właśnie byłam zmuszona, żeby zetknąć się sama ze sobą, a nie byłam na to przygotowana, ale myślę, że gdzieś było to ważnym elementem takiego dorastania. Plus jeszcze na pewno to, co… to co widziałam, to że mogłam właściwie na co dzień korzystać z wizyt w muzeach, tak, gdzie są arcydzieła światowego malarstwa, gdzie po prostu były świetne wystawy sztuki współczesnej, gdzie byli fajni profesorowie, nauczyciele - tam nie nazywali siebie profesorami, nawet jak byli nimi, tylko po prostu mówiło się, że to jest nauczyciel, czy po imieniu do siebie mówiliśmy. I oni też mieli ciekawe rzeczy do przekazania i wydaje mi się, że tam najbardziej dowiedziałam się kim jestem.
Aha.
I to jakby zapoczątkowało kierunek dalszych moich poszukiwań, ale on nie był taki, to nie była droga taka po prostu liniowa bardzo i zawsze w jednym kierunku. Na pewno dużym takim przełomem jak ja przyjechałam już do Polski, jak wróciłam to, to było zaraz po studiach urodzenie dziecka i zetknięcie się po prostu z rzeczywistością hardkorową w tamtych czasach. To był rok 2000 gdzie wszystko było właściwie w powijakach. Ciężko było myśleć że w ogóle wyżyje się ze sztuki - to w ogóle nie było tematem, czy w ogóle nawet nie myślałam, że to będzie źródłem mojego dochodu. Ja w ogóle myślałam, że to wszystko rzucę w cholerę i będę musiała, nie wiem, nawet może jako księgowa.
Anna Szynwelska
Też pamiętam, że w momencie kiedy nawet wybierałam studia i powiedziałam mamie swojej koleżanki, że ja bym chciała iść na ASP, zdawać na malarstwo, to ona zaczęła się śmiać i stwierdziła: O Boże, to wtedy musisz sobie znaleźć jakiegoś..
Anna Orbaczewska
- Bogatego męża?
Anna Szynwelska
- Tak! Bogatego męża - z hurtownią! [śmiech] Wspominałaś, że spotkanie z Władysławem Hasiorem było dla ciebie ważne, czy też otworzył ci oczy?
Anna Orbaczewska
A tak,tak, tak, tak. Na pewno. No bo to taka osobowość duża i chyba na drugim roku studiów miałam problemy, cały czas zresztą mam problemy, z kręgosłupem i yyy... jak to brzmi w ogóle. Powiedziałam to i sobie pomyślałam, kurde, to jest symboliczne, nie? No ale miałam faktycznie fizycznie coś tam z dyskami i byłam w Sanatorium w Zakopanem. No tam było strasznie jakoś tak mega przygnębiająco w ogóle, ale stwierdziłam, kurde, mam być tam dwa tygodnie, to może po prostu... tam przecież jest Hasior, to może uda mi się go spotkać. No i udało mi się faktycznie umówić z nim na spotkanie. No i taka mega przejęta pokazywałam mu właśnie fotografie prac z drugiego roku, które tam robiłam. A to były zwykłe po prostu studia modelek… I on tak popatrzył: "Co to kurwa jest? co to jest? Kto to jest w ogóle dla ciebie? Ty masz jakikolwiek w ogóle emocjonalny stosunek do tych osób? Po co ty to robisz?" Nie? Wiedząc pewnie jak wygląda edukacja, mówił to celowo. Ale tak, ale… akurat on taki był dosyć może obcesowy, ale na mnie... Ale ja to bardziej przyjęłam: "Aha. No to jest w sumie tak jak myślę", bo ja zawsze miałam emocjonalny stosunek do tego co robię i zwykle jak robiłam to od dziecka z emocjonalnym zaangażowaniem, jak to było po coś zawsze po prostu malowanie, jako konieczność nazwania, czy rysowanie, czy malowanie jako konieczność nazwania czegoś, co jest ważne. To jak traktowałam to w ten sposób, wychodziłam od takiego motywu, to zawsze gdzieś... i byłam uczciwa w tym, to zawsze wygrywałam. W sensie, że te prace faktycznie były… jakby cała rzeczywistość mówiła mi: "Idź w tym kierunku". Natomiast to są zawsze takie ciężkie wybory, no bo to co jest takie ważne dla ciebie często albo się tego wstydzisz, albo to wiąże się z jakąś konfrontacją, na którą nie masz ochoty i wolałabym tworzyć coś po prostu milszego. Także czułam, że tak jest i on taką uwagą tylko potwierdził to, bo na ASP tam nie było w ogóle mowy, żeby... Nie było pytań, dlaczego to robimy, tylko macie tak robić i już jest ustawione. Macie tutaj znaleźć cień, coś tam nauczyć się. Okej, oczywiście, że tego trzeba się nauczyć. Oczywiście, że muzykom też są potrzebne wprawki. Natomiast takim fundamentalnym pytaniem w sztuce współczesnej... właściwie w każdej sztuce, ale szczególnie w sztuce współczesnej jest to, po co my to robimy. Po cholerę? I no i on jakby dokładnie to, co czułam intuicyjnie, on to powiedział, czyli skrytykował mnie, ale po prostu nadusił ten guzik, który ja wiedziałam podświadomie czy półświadomie.Wiedziałam, że tak jest, więc jakoś nie pamiętam, żeby mi się zrobiło przykro, czy głupio, czy coś, tylko właśnie bardziej w tym kierunku: „O kurde, no przecież ja to wiem”, nie? I tak spędziłam z nim te dwa tygodnie segregując jego slajdy - razem z nim oczywiście, bo to był, to były lata... to był początek lat 90, więc zaraz po przełomie - to jeszcze cały czas ten zachód był dla nas takim kolorowym zachodem. A u nas Polska była taka dosyć siermiężna i szara bardzo. Nawet teraz jak mówię o tym, to przypominam sobie wnętrza tego sanatorium, to one też były takie... no takie okropne - ileś osób na sali i takie ciężkie... i takie smutne, zaniedbane. Taka była rzeczywistość wtedy. Więc… porządkowaliśmy te slajdy. On pokazywał na przykład te wszystkie właśnie nasze szare murale z wcześniejszych lat, bo miał zbiory takich murali propagandowych, komunistycznych i zestawiał to z takimi super zrobionymi reklamami, które dla nas były... teraz myślę, że zupełnie inaczej byśmy na to spojrzeli teraz i załóżmy na ten design komunistyczny i na ten komercyjny, bo jesteśmy zupełnie w innym punkcie i ale wtedy to on też pokazywał to, co było. „Zobacz tutaj mamy kurde takie baby na traktorach, a tutaj piękne kobiety reklamujące bieliznę”, na przykład, nie? Czy ta rzeczywistość tamta była dużo atrakcyjniejsza, inna? Ale też... i to było ciekawe. On robił takie właśnie zestawienia dokładnie z tych samych lat, bo on podróżował do Francji chyba, ale też miał super zbiory fot z pomników. Także ja mu pomagałam segregować, porządkować te slajdy i przy okazji dyskutowaliśmy na różne tematy o sztuce. Tak więc to na pewno utwierdziło mnie w tym, żeby robić to tak jak ja chcę, że korzystać oczywiście, ale dlatego na przykład w czasie studiów... Wtedy można jeszcze było, teraz wiem, że nie można korzystać po godzinach, ja tam właściwie prawie zawsze byłam w weekendy i głównie pracowałam sama zapraszając modeli, bo dużo pracowałam z modelami. Portretowałam moje osoby takie z otoczenia, bliskie i to najbardziej uważałam, że jest zasadne. Oczywiście z tych wszystkich zadań szkolnych na studiach też się musiałam wywiązać i się wywiązywałam, ale no to po prostu były – inaczej zaczęłam to traktować, jako coś, co trzeba bardziej zaliczyć.
Anna Szynwelska
Aha. A czy są jeszcze jacyś artyści, którzy właśnie w tamtym czasie jakoś mocno na ciebie wpłynęli? Czy kto cię najbardziej inspirował?
Anna Orbaczewska
Z żyjących osób, ale nie poznałam wtedy, bo to były lata 90, ale byłam na dużej wystawie Marlene Dumas. Ona w ogóle nie była znana tutaj. Dopiero później w Polsce. I to na mnie jej prace zrobiły duże wrażenie. Plus jeszcze to był taki pierwszy moment, kiedy mogłam bardzo często chodzić sobie do muzeów i oglądać te arcydzieła na przykład Vermeera i to holenderskie malarstwo siedemnastowieczne, osiemnastowieczne i ono na mnie zawsze robiło duże wrażenie. A przy tym takim obcowaniu, kiedy jeszcze nie było tyle ludzi w Rijks muzeum - bo teraz są tłumy w tych muzeach - wtedy nie było jeszcze aż tak. Gdzieś tam mieszkałam. Za rogiem był Mauritshuis w Hadze. W Hadze mieszkałam, więc mogłam sobie po prostu chodzić i oglądać to na co dzień. I to było niesamowite. Niesamowite dla mnie było to, że to światło, które jest szczególnie na obrazach Vermeera, ono jest po prostu tam w Holandii. Ono jest inne i tak jak ono się rozkłada na twarzach, jak ono buduje po prostu całą kompozycję. Ja mogłam sobie patrzeć, wyjść na zewnątrz i patrzeć i widzieć. Też jak się spojrzy na te obrazy, nie tylko Vermeera, ale innych holenderskich malarzy, to tam pewnego rodzaju fizjonomie są, które widać na ulicy. Tam po prostu to są ci ludzie z obrazów. I to było dla mnie niesamowite, że te cechy są obecne. Trudno powiedzieć, ale jakoś po prostu bardzo, bardzo to przeżywałam. Też pamiętam w Hadze była duża biblioteka i co było inne niż u nas, to że mogłam sobie wypożyczać książki, albumy do domu. Brałam na rower ileś tych książek. I tam taką książkę znalazłam nieznanego zupełnie u nas wtedy... No historycy, którzy się tym zajmują to to znali, ale ja nie poznałam go. Gerard David się nazywał, malarz. On tak koniec średniowiecza, początek renesansu... Też na mnie zrobił duże wrażenie - to jak przestrzeń budował i figury i pamiętam, że bardzo to na mnie wpłynęło. Ale tak wydaje mi się, że całokształt, że po prostu prace innych studentów, dyskusje, bo to też było bardzo ważne, że właściwie przychodzili do ciebie. Każdy miał takie swoje małe studio, taki boksik swój i tam pracował, a nie, że była duża, ogromna pracownia, modelka i wszyscy robią to samo, tylko każdy miał jakby takie małe studio i przychodzili między sobą studenci i po prostu pytali się: dlaczego tak? A po co? I byli z całego świata. Więc to było bardzo, bardzo, bardzo rozwijające, że pytali o tak różne rzeczy, o które tutaj w Polsce nikt mnie nie pytał.
Anna Szynwelska
Mhm. No tak, bo właściwie nie wiem czy nawet do dzisiaj trochę nie brakuje tego w szkołach artystycznych, na akademiach, żeby po prostu bardziej właśnie wyciągać od studentów jaki jest cel tego co robią, nie? Czy w ogóle po prostu też uwrażliwiać ich, że sam obiekt nie jest na tyle ważny, co przekaz, który chcą temu nadać, no nie?
Anna Orbaczewska
Tak. Ale też żeby nie było wstydu jakiegoś, że na przykład sztuka to powinna być... Tak jak mam taką koleżankę artystkę malarkę z Czech, która zawsze… Kiedyś piłyśmy wino: „Bo tutaj u was w Polsce to ta sztuka zawsze musi być taka ciężka i wtedy jest uznana za porządną sztukę”. No właśnie nie. Tam to też było super fajne, że na przykład nauczyciel mówi: "Słuchaj, jak chcesz malować kwiaty, to maluj te kwiaty." Ktoś jeden malował kwiaty, ktoś tam malował coś innego, to zajebiście. Rób to jak to czujesz, że to jest coś, co chcesz robić. Żadnego wstydu w tym nie ma. Nie ma czegoś takiego, że coś jest mniej ważne, a coś więcej. Tu po prostu chodzi o sposób, w jaki to będziesz robić i chodzi o to, żeby po prostu znajdywać w tym siebie. żeby być autentycznym. Trochę mam wrażenie w Polsce, że tak jest - że są pewne nurty, pewne szuflady, pewne rzeczy do odhaczenia w tabelkach, tak że sztuka powinna na przykład okej,dobra, poruszać takie tematy, takie to a to tak teraz jest moda na ekologię, no to wtedy tak to tutaj musi być i wszystko oczywiście się da opisać pisząc jakiś wniosek, tak? Czy w ogóle kuratorzy - też są pewne tematy, które okej, dobra, one są ważne. Ja mam wrażenie, że to jest ślepy zaułek. Że oczywiście są ważne, ale przede wszystkim to artysta powinien - nie na zasadzie dedukcji i po prostu racjonalnego takiego wykumania, wykminienia „Okej, dobra. To jest ważne to teraz będę robił”, bo to jest wtedy takie sprzedawanie się, że praca osoby artystycznej polega na tym, żeby znaleźć siebie, żeby dojść do tego, kim jestem w danym momencie i po prostu wtedy to przetransportowywać na sztukę. także żeby na przykład malować te rzeczy, które są dla mnie w momencie istotne. One tylko wtedy będą rezonować jako prawdziwe. A jeżeli sobie sztucznie wybierzemy „dobra, okej, teraz jest taki ważny temat, to będę właśnie podchwytywać ekologiczne, czy tam uchodźcze tematy, czy feministyczne, czy racjonalnie po prostu wyjść, wydedukować. To nie może być tylko tak. Oczywiście, że mamy jakieś preferencje i coś wybieramy, ale to przede wszystkim powinno być dlatego, że nas coś porusza, że coś w danym momencie jest dla nas ważne, istotne do tego, żeby o tym mówić.
Anna Szynwelska
No tak. to, co czujemy.
Anna Orbaczewska
To co czujemy. Nie robi się sztuki dla instytucji, dla, przepraszam, kuratorów. Tylko po prostu robi się to z potrzeby i to nie zawsze przynajmniej dla mnie tak jest. To nie zawsze jest droga łatwa i to jest często trudne, ale wydaje mi się, że tylko to w moim przypadku wtedy ma to sens. I też wydaje mi się, że w przypadku innych osób artystycznych to też jest wyczuwalne na dłuższą metę. Ja jestem przekonana. Oczywiście każdy ma jakąś tam swoją drogę.
Anna Szynwelska
Akurat patrzę na obraz „Emocje prawdziwe”. Pamiętam z Łaźni tę wystawę. Byłam na wernisażu. No i to też niesamowite w jaki sposób pokazałaś tych sportowców i ich chwile uniesienia. Skąd właśnie pomysł w ogóle na taki cykl?
Anna Orbaczewska
Kupowałam Gazetę Wyborczą z Dużym Formatem i tam był dodatek Sport i oglądałam tę gazetę, no i przy okazji te sportowe zdjęcia też oglądałam i sobie myślałam „Jezus Maria, to po prostu jest jak z „Sądu ostatecznego”, jak oni są ukazani, jak jakieś postacie od Memlinga, czy takie od Grunewalda, które cierpią tam. No i stwierdziłam, okej, sportem się zupełnie nie interesuję, ale miałam ochotę namalować taki cykl.
Anna Szynwelska
Widać te napięcia i mięśni i twarzy, ta mimika, no nie? Właśnie to takie chwile uniesienia czy cierpienia.
Anna Orbaczewska
Tak je po prostu zestawiłam, bo dla mnie to było takie takie wręcz religijne. Plus jeszcze takie religijne podejście, czczenie tych sportowców przez fanów w dzisiejszym społeczeństwie, szczególnie piłkarzy.
Anna Szynwelska
Tak, tak. A czy wtedy już upubliczniałaś swoje rysunki?
Anna Orbaczewska
Ja ich jeszcze nie miałam wtedy.
Anna Szynwelska
Nie? Czy to był taki twój jakby dziennik emocji? Czy właściwie jak one zaczęły powstawać?
Anna Orbaczewska
To prawda. Rysowałam właściwie cały czas, ale trochę traktowałam po macoszemu te szkicowniki. To też był taki moment. Tu na przykład akurat wyszłam od tych gazet. To było trochę takie socjologiczne studium i to, że obcowałam z tymi wizerunkami, wpadłam na taki pomysł, ale ten cykl nie był blisko mnie. Tak, to była rzecz taka w sumie daleka. Ja to zrealizowałam, okej i koniec. Nie było potrzeby we mnie, żeby dalej to kontynuować. To był też taki trudny moment dla mnie w życiu. Ja też jakby szukałam siebie, zastanawiałam się w ogóle co ja będę robić, po co w ogóle malować. To znaczy miałam zawsze ogromną potrzebę malowania, ale rzeczywistość była dosyć ciężka i też nie wiedziałam jak się znaleźć, jak finansowo sobie poradzić, jak po prostu siebie utrzymać. Z malarstwa to było raczej ciężkie. Robiłam jakieś tam kopie, byłam wtedy w związku, miałam małe dziecko. Poza tym czułam, że jakby jakieś takie moje bardzo osobiste rzeczy z przeszłości nie miałam pozałatwianych ich sama ze sobą. Dlatego trudno mi było być uczciwą w tym co tworzę, bo skazywałoby mnie to na konfrontację, na którą nie byłoby mnie zupełnie stać w momencie. Dlatego wybierałam takie tematy, które... no tak, miałam małe dziecko, więc malowałam swoje dziecko – coś, co było blisko, trochę jakichś sytuacji wakacyjnych. Później urodziło się drugie dziecko, więc takie jakieś sytuacje rodzinne. Patrząc na te z pozoru sielskie anielskie sceny ja zawsze czułam zagrożenie. One wcale nie były dla mnie sielskie. One niosły coś, co miało się zdarzyć strasznego i ale nie każdy to widział i to dla mnie też było wygodne, że nie było to tak widoczne i tak naprawdę to miałam marzenie, żeby po prostu malować ładne obrazy. Miałam oczywiście ogromną przyjemność w malowaniu tego, ale cały czas czułam, że kłamie, że to jest po prostu oszustwo, że ja nie jestem szczera w tym co robię. Wyjechałam w 2011 na stypendium na do Bremy i tam po prostu mi puściło. Zaczęłam rysować w ogóle jak opętana i nie mogłam spać przez miesiąc i rysowałam. W ogóle nie wiedziałam co z tym zrobić. Byłam załamana, bo po prostu wyszły takie dziwne rzeczy, a jednocześnie miałam taką ogromną potrzebę, żeby to robić. Tam się dziwne rzeczy zdarzały. Na przykład byłam na wystawie Muncha. Była duża taka przekrojowa wystawa Muncha w Kunsthale w Bremen i tam po prostu za każdym razem na tej wystawie płakałam. Wyłam wręcz. Ja po prostu nie potrafiłam się powstrzymać i to mi się takie głupie wydawało, takie po prostu żenujące, zawstydzające, ale jakieś, bo coś coś coś we mnie ruszyło. Cała ta sytuacja wyrwania z kontekstu, z rodziny i te trzy miesiące, które tam spędziłam. No i pod koniec tego mojego pobytu z rezydencji też wracała Dominika Skutnik. I ona zatrzymała się na noc z Markiem, ze swoim mężem, zobaczyła te rysunki, mówi: "Anka, one są zajebiste, są super w ogóle. Dalej! Ja pierdolę.” prawda? Ja też czułam, że one są prawdziwe, że to jest coś, co może ja niekoniecznie chcę widzieć, ale po prostu one są częścią mnie. I było też tak, że na przykład nie mogłam malować dłużej dopóki nie narysowałam iluś tych rysunków, że one mi dawały poczucie, że „dobra to już wypowiedziałam, to mogę wracać do tego spokojnego obrazu”. Cały czas był duży rozdźwięk pomiędzy obrazami. Ja czułam, że to jest jakieś pojebane. Z jednej strony mam jest jakieś chore, niewłaściwe... może nie chore, ale niewłaściwe - jakieś takie, no że z jednej strony mam taki rysunek, który wygląda jak od zupełnie innej osoby i taki piękny obrazek, nie?
Anna Szywelska
Taka schizofrenia.
Anna Orbaczewska
Tak, tak, że to obraz jest taki. Ale to dlatego, że żyłam w takiej jakby podwójności. Że cały czas chciałam być troszeczkę kimś innym niż tak naprawdę w środku byłam. No każdy ma jakąś tam swoją historię. U mnie akurat ta przeszłość tak zaważyła. No ja od tego momentu zaczęłam zaczęłam łączyć rysunek z malarstwem podczas wystaw i po prostu uznałam, że to jest część mnie, że to proces, że ja nagle nie zacznę malować inaczej, jeżeli tego nie poczuję. To musi przyjść naturalnie. No czekałam na ten moment, starałam się iść dalej i zobaczyć, co to będzie. Teraz wydaje mi się, że te prace gdzieś tam powoli zaczynają się po latach spotykać.
Anna Szywelska
Tak, tak. Bo rzeczywiście mam takie odczucie, że te rysunki są bardzo „z trzewi”, bardzo osobiste. Trochę jak dziennik, trochę jak forma terapii — wyciągania różnych lęków, obaw i emocji. Będąc matką, zwróciłam też uwagę na sposób, w jaki pokazujesz relację matki i dziecka, macierzyństwo. To nie jest tylko ten piękny, idealizowany obraz, ale również jego trudna, momentami wręcz masochistyczna strona. Pokazujesz, że ta relacja ma także ciężar i koszt. Dziecko wysysa z ciebie energię, w pewnym sensie cię „przeczołguje”, ale jednocześnie ty również próbujesz - świadomie lub nieświadomie - jakoś je kształtować, ujarzmiać, wprowadzać w określone reguły i schematy. Sama czasami łapię się na tym, że próbuję wprowadzać dziecko w konwenanse, w których sama zostałam wychowana. Później się z tego wycofuję, bo wiem, że nie zawsze jest to dobre, ale są to przecież wyuczone wzorce, od których chcemy uciec, a które i tak gdzieś w nas pozostają. I właśnie ta nieustanna wewnętrzna walka bardzo wybrzmiała dla mnie w tych pracach.
Anna Orbaczewska
Tak. To jest opowieść o granicach, o próbie sprostania swojej roli, o niekrzywdzeniu ani siebie, ani dziecka. O szukaniu siły. Jest w tym naprawdę wiele różnych aspektów. Mam poczucie, że dopiero teraz przychodzi czas, żeby sobie z tym wszystkim poradzić, dorosnąć do pewnych rzeczy i zacząć o nich mówić, a przede wszystkim zacząć je naprawdę czuć. Wcześniej wiele z tych emocji było po prostu tłumionych i ukrywanych. Tak, żeby w ogóle dojść do tego, co się czuje, i pozwolić sobie to poczuć. Dokładnie. A potem to już jest trochę skok w ciemność, bo nie wiesz, co będzie dalej i co z tym wszystkim zrobisz. Racjonalnie rzecz biorąc, przestajesz malować „ładne obrazki” i zaczynasz dotykać tematów, które są dużo bardziej osobiste. To jest jednak pewnego rodzaju ryzyko.
Anna Szynwelska
Tak, to ryzykowne, a lepiej działać bezpiecznie.
Anna Orbaczewska
Tak. I nagle okazuje się, że zaczynasz tworzyć jakieś „brzydkie” rysunki. W pewnym momencie trzeba po prostu wyłączyć to ciągłe myślenie i pozwolić sobie robić to, co domaga się zrobienia. Myślenie generuje bardzo dużo lęków, a w wielu sytuacjach wcale się nie sprawdza. Oczywiście granice są potrzebne, ale wydaje mi się, że w dochodzeniu do prawdy ważne jest również to, żeby czasami zaufać sobie — swojej intuicji i emocjom. Tak. To naprawdę nie jest proste. Wręcz przeciwnie, jest bardzo trudne. Ale mam poczucie, że to jedyna droga.
Anna Szynwelska
Jeszcze chciałam zapytać, w jakimś momencie zaczęłaś te rysunki przenosić na na ceramikę. I też jak do tego doszło?
Anna Orbaczewska
Szukałam takiego nośnika,bo rysunki poruszają tematy rodzinne - bardzo często damsko-męskie, takie relacyjne,czyli coś, co jest obecne, istotne bardzo dla życia rodzinnego, obecne w domach, ale też i takie trudniejsze aspekty, o których się właśnie nie mówi. No a rysunek na karteczce, no to cały czas pozostaje rysunkiem. Można go oprawić albo nie, schować. A jak jest już coś na talerzu, no to trochę tak... Zawsze mnie fascynowała ceramika holenderska. Nie tylko holenderska, ale w ogóle tam bardzo dużo tej ceramiki widziałam, tych kafli holenderskich malowanych. Plus jeszcze bogactwo całego fajansu, ceramiki malowanej na niebiesko i one zawsze tak po prostu wibrowały, były dla mnie bardzo atrakcyjne wizualnie. Ale jednocześnie te sceny biblijne albo takie rodzajowe były trochę nudne, albo niezrozumiałe, mało istotne w treść. I stwierdziłam, że kurczę, przecież to jest super ważne, żeby o tym mówić, więc może stworzyłabym coś, co będzie i dekoracyjne i co będzie wykorzystywało ten element dekoracji, ale mówiło o czymś, co ja uważam za ważne. Także to był jakby początek tego. Najpierw zaczęłam malować farbą naszkliwną na talerzach porcelanowych i wypalać je w piecu ceramicznym. To jest taka dużo łatwiejsza technika, którą pokazała mi koleżanka. No a później zaczęłam tworzyć flizy. No i później wymyśliłam ten piec razem z Anetą. Aneta była tutaj w pracowni u mnie i właśnie pokazywałam jej te flizy inspirowane tymi holenderskimi, które były właśnie już w tej technice majoliki wykonywane. To było dużo trudniejsze formalnie, ale też właśnie bardzo mnie to interesowało, żeby to samej wykonać i żeby faktycznie nauczyć się tej techniki, żeby potrafić, żeby mieć te narzędzie, za pomocą którego będę sama mówiła tak jak ja chcę i żeby było można uzyskać pewne efekty w takich technikach jak kalkomania (to podobnie działa jak takie zwykłe kalkomanie, tylko robi się to na ceramice. Dużo artystów to wykorzystuje, a mi zależało, żeby to robić ręcznie, żeby po prostu ten trud taki albo te te tematy jeszcze dodatkowo formalnie przepracowywać, że wiedziałam, że coś jeszcze może wyjść ciekawego, jeżeli będę wchodziła w inną materię. To wymagało właśnie dużo czasu i zdobycia nowych umiejętności. No i pokazywałam Anecie te swoje kafelki i mówię, że chciałabym zrobić taki kominek, że w sumie myślałam o kominku, bo tak pamiętam te kominki z wyjazdów z Holandii, że tam właściwie każde takie starsze mieszkanie w kamienicy miało taki kominek. On był zwykle nieczynny, ale był. I to zapamiętałam i myślałam, że kurczę super byłoby właśnie zrobić taki kominek. No a Aneta mówi: "Słuchaj, ale u nas były piece, dlaczego nie zrobisz pieca?" I pomyślałam: "Kurde, faktycznie mogę zrobić taki piec, tylko to zupełnie inne kafle". No i zaczęłam się tym interesować i stwierdziłam: "Okej, super i jeszcze bym chciała, żeby on grzał". No i tak powstał ten piec. Myślę, że on jakieś dwa lata powstawał, półtorej roku, jakoś tak.
Anna Szynwelska
Aha. To ciekawe, bo na Pomorzu bardzo wyraźnie obecne są przecież wpływy holenderskie i flamandzkie. Mam więc wrażenie, że ten projekt w naturalny sposób łączy twoje inspiracje z lokalnością i historią tego miejsca. W pewnym sensie te holenderskie fascynacje spotykają się tutaj z tym, co lokalne i od dawna obecne na Pomorzu.
Anna Orbaczewska
Tak. Później właściwie całkowicie skupiłam się na piecach. Jeździłam po skansenach i szukałam przykładów dawnych realizacji. Odkryłam, że na Pomorzu było kiedyś wiele pieców malowanych przez twórców nieprofesjonalnych. I one były urocze, bardzo prawdziwe, to mnie urzekało. Nie były idealne formalnie, ale miały w sobie coś bardzo prawdziwego. Myślę, że właśnie dlatego ten projekt łączy dwie tradycje - holenderską, która była dla mnie ważną inspiracją, i lokalną, pomorską, gdzie również istniała bogata tradycja malowanych pieców. Anna Szynwelska: No tak. Na poszczególnych kaflach pieca pojawiają się sceny rodzinne i rodzajowe. W przypadku tradycyjnych pieców inspirowanych flamandzką czy holenderską ceramiką byłyby to zapewne obrazy bardziej sielankowe, idylliczne. U ciebie jest jednak inaczej. Te sceny bywają momentami niepokojące, pokazują również trudniejsze strony relacji i życia rodzinnego. Wspominałaś też wcześniej, że spotkałaś się z zarzutami, że w pewnym sensie naruszasz taki tradycyjny, wyidealizowany obraz rodziny.
Anna Orbaczewska
Ktoś kiedyś powiedział... chyba był to mężczyzna, bo to głównie mężczyźni mieli problem z tymi pracami, a szczególnie z kobiecymi waginami, bo to właśnie najbardziej wzburzało niektórych widzów - że dlaczego ja pokazuję takie rzeczy? No i właśnie wtedy pomyślałam, że chyba o to chodzi. Niektórzy czują się zagrożeni, bo taki obraz nie mieści się w tym uporządkowanym, patriarchalnym wyobrażeniu rodziny. Chciałam ten porządek trochę naruszyć, więc uznałam, że skoro wywołuje takie reakcje, to znaczy, że działa. Dla mnie jednak te prace są bardzo prorodzinne. Psychologia od dawna pokazuje, że jeśli unika się ważnych tematów, spycha je na bok i nie chce się z nimi konfrontować, to one prędzej czy później wrócą ze zdwojoną, a nawet dziesięciokrotną siłą. Wtedy przestajemy nad nimi panować i właśnie stąd często biorą się przemoc, emocjonalna niestabilność czy depresja. Tak naprawdę, jeśli chcemy chronić tę rodzinę, musimy rozmawiać o tym, co trudne. I właśnie do tego ten piec jest zaproszeniem.
Anna Szynwelska
Mhm. Tak. Zauważyłam, że nawet w takim stereotypowym obrazie włoskiej rodziny, gdzie wszyscy głośno gestykulują, mówią wprost, co im się nie podoba, czasem się pokłócą czy wykrzyczą, jest w tym pewien rodzaj oczyszczenia. Emocje nie są tam tłumione ani chowane w sobie. Ludzie otwarcie komunikują, co ich złości, czego im brakuje i czego potrzebują. Dzięki temu druga osoba od razu dostaje jasny sygnał i ma szansę zareagować, dać więcej przestrzeni, więcej szacunku albo po prostu to, czego w danym momencie potrzebujemy. Właśnie taka otwarta komunikacja wydaje mi się bardzo ważna, bo pozwala uniknąć sytuacji, w której wszystko gotuje się pod powierzchnią.
Anna Orbaczewska
Tak. Chociaż z tą włoską rodziną też trochę bym uważała. Rozumiem, że to jest pewne uproszczenie czy przejaskrawienie, bo przecież w krzyku i silnych emocjach również mogą wybrzmiewać rzeczy bardzo krzywdzące, a czasem wręcz przemocowe. Natomiast sztuka daje nam przestrzeń, w której możemy pozwolić sobie na więcej. Jej zadaniem jest coś poruszyć, wytrącić z komfortu, skłonić do refleksji czy dyskusji. Nawet jeśli czasem wydaje się bardzo krzycząca, to w rzeczywistości tym krzykiem nie jest. To raczej obraz, który wywołuje w nas emocje i myśli. W sztuce można więc być taką „włoską rodziną” — wyrażać rzeczy mocno, bezpośrednio, intensywnie — ale bez ranienia kogokolwiek. Choć oczywiście to też bywa skomplikowane i trudne. No tak. W każdej relacji trzeba jednak zachować szacunek do drugiej osoby i pamiętać, że można kogoś skrzywdzić. Ale faktycznie lepiej jest pokazywać emocje, niż robić z pewnych tematów tabu, udawać, że nie istnieją albo po prostu o nich nie rozmawiać. Tak jest chociażby z seksualnością. Kiedy tworzymy wokół czegoś tabu, ono zaczyna narastać. Rośnie, rośnie i rośnie. Wydaje mi się, że sztuka jest właśnie po to, żeby takie tabu przełamywać, odkrywać to, co ważne, a z jakiegoś powodu pomijane w rozmowach czy społecznych konfrontacjach. Dla mnie sztuka jest też szukaniem prawdy. Jeśli więc mamy do czynienia z relacją, która opiera się na udawaniu, to nie służy ani samej relacji, ani sztuce. Utrzymywanie wszystkiego w takim sielankowym, przesłodzonym, „słodko-pierdzącym” klimacie i udawanie, że nie ma żadnych problemów, nie jest dobre ani dla rodziny, ani dla ludzi. To po prostu rodzaj kreowanego kłamstwa. A dla mnie w takim miejscu kończy się sztuka.
Anna Szynwelska
Mhm. Tak. Zresztą w rodzinie działa to podobnie. Jeśli zbyt długo tłumimy pewne emocje albo blokujemy trudne tematy, to one zaczynają gotować się pod pokrywką. W końcu następuje wybuch...
Anna Orbaczewska
… i wtedy wszystko staje się niekontrolowalne. I właśnie wtedy często pojawia się przemoc.
Anna Szynwelska
No tak. Chciałabym teraz przejść do cyklu twoich obrazów inspirowanych dziełami mistrzów Rokoka tych, które są ich jakby negatywem, inwersją. Po prostu stworzyłaś ich całą serię. I też czytałam w wywiadzie z Agnieszką Rayzacher, że już od dziecka oglądałaś reprodukcje tych dzieł u babci w domu.
Anna Orbaczewska
Tak, tak. Moja babcia miała reprodukcję „Huśtawki” Fragonarda i ponieważ spędzałam z nią bardzo dużo czasu, ten obraz towarzyszył mi właściwie od dzieciństwa. Babcia często mówiła: „O, ta kobietka ma takie malutkie stopy”, a potem dodawała: „Ania, a ty masz taką dużą nogę, krzywo chodzisz...” i tak dalej. Miałam poczucie, że nigdy nie dosięgnę tego wzorca — tej idealnej, pięknej pani na huśtawce. Z drugiej strony wyczuwałam w tym wszystkim jakiś fałsz. Ta scena wydawała mi się zbyt idylliczna, wyreżyserowana, po prostu nieprawdziwa. I to mnie strasznie irytowało. Potem minęły lata i właściwie o tym zapomniałam. Ale kilka lat temu, kiedy przeglądałam albumy, natknęłam się znowu na „Huśtawkę”, jeszcze przed rozpoczęciem tego cyklu. Babci już dawno nie było, a ja nagle zobaczyłam ten obraz i pomyślałam: „Kurczę, nie. Przyszedł moment, żeby coś z tym zrobić. Żeby zrobić na ten temat sztukę”. Ten obraz po prostu cały czas gdzieś mnie uwierał i gnębił. Nie widziałam wtedy jeszcze oryginału i zastanawiałam się, jak do niego podejść. W końcu pomyślałam o odwróceniu kolorów. Zrobiłam więc inwersję kolorystyczną, a jednocześnie zaczęłam dodawać własne elementy, żeby mocniej podkreślić to, co chciałam powiedzieć. Ta inwersja była dla mnie symbolicznym zabiegiem — próbą pokazania drugiej strony medalu. Jednocześnie mogłam bardzo głęboko wejść w samo malarstwo, co było dla mnie, jako malarki, ogromną przyjemnością. Fragonard jest przecież znakomitym malarzem. Kiedy później zobaczyłam jego obraz na żywo w Nowym Jorku, po prostu chylę czoła. Sposób, w jaki malował powierzchnię obrazu, jest zaskakująco współczesny, lekki i swobodny. To wzbudziło we mnie ogromny szacunek. Natomiast sam przekaz tych wyidealizowanych, upozowanych postaci, a do tego jeszcze narracja, którą słyszałam od babci, budziły we mnie złość. I właśnie ta złość stała się zaczynkiem całego cyklu prac.
Anna Szynwelska
I tam też przemycasz różne dodatkowe elementy, coś jeszcze domalowujesz. Pojawiają się na przykład latające penisy czy inne motywy, które ingerują w pierwotny obraz.
Anna Obaczewska
Tak. To też jest trochę żartu i takiego łopatologicznego odkrywania, pokazania kawa na ławę, o co w tym wszystkim chodzi. Jest tam przecież mnóstwo erotyki, więc to było też jej podkreślenie. Mam na przykład jeden z obrazów namalowanych według Fragonarda „Rodzina” czy „Pierwsze kroki”. Są na nim dwie kobiety i malutki chłopczyk i i one mega cieszą się na jego widok; „o Jezu Jezu Jezu”. Kiedy patrzyłam na ten obraz, przypominała mi się moja babcia, która zawsze mówiła: „O Jezu, chłopczyk, ojejej, jak to super mieć synka, a nie córeczkę”. Naprawdę tak mówiła – że lepiej mieć synka niż córkę. Te kobiety są więc całkowicie zachwycone tym chłopcem i właśnie dlatego zamiast chłopca umieściłam tam dużego penisa. Bo to jest właściwie taki hołd oddawany płci — sytuacja, w której płeć determinuje wszystko.
Anna Szynwelska
Tak. I te panny na huśtawkach też w jakiś sposób są uprzedmiotowiane czy przynajmniej trochę mi się tak wydaje, że po prostu są ukazywane jako ten obiekt seksualny, który wzbudza pożądanie – właśnie jak taka laleczka pozbawiona jakichkolwiek cech, nie wiem, intelektualnych czy też możliwości choćby samostanowienia tylko test taką trochę zabawką w tym świecie mężczyzn, no nie?
Anna Orbaczewska
Tak, tak. Żeby być atrakcyjna, musi być laleczką, czyli wszystko, co jest jakby takie bardziej partnersko-człowieczeńskie przestaje być kobiece w tej narracji.
Anna Szynwelska
Jest tu też podkreślona ta moc seksualności. Przynajmniej ja odczytuję to poprzez taką jakby łunę światła wydobywającą się spomiędzy nóg dziewczyny. Z kolei u zalotnika pojawia się wzrok niemal laserowy, który podąża w stronę intymnych części kobiety. To trochę jak taki Homelander, który skanuje ją wzrokiem albo wręcz przepala na wskroś. Właśnie te napięcia, które u Fragonarda gdzieś rozpływają się w bajecznej, kolorowej narracji, tutaj — przy tym ciemnym tle — zostają bardzo mocno wyakcentowane przez światło. A słuchaj, to jest projekt, który nadal jest w procesie? Kontynuujesz go jeszcze, czy na razie został zamknięty?
Anna Orbaczewska
Nie, na razie nie. To znaczy wszystko jest zawsze otwarte i jeśli znajdę powód, żeby namalować kolejny obraz, to oczywiście to zrobię. Jeżeli znowu poczuję taką złość, bo teraz mam poczucie, że już trochę się zrealizowałam, że wypowiedziałam to, co chciałam powiedzieć. Nie ma sensu ciągnąć tego dalej bez dodatkowych emocji i bez takiej wewnętrznej potrzeby. Natomiast jeśli kiedyś znowu coś wpadnie mi w oko i pomyślę: „o, tutaj też chciałabym się wypowiedzieć”, to oczywiście namaluję kolejny obraz. W tym momencie jestem jednak trochę w innym świecie.
Anna Szynwelska
Tak, obserwując twoją sztukę i media społecznościowe na bieżąco widzę, czym się zajmujesz. Zauważyłam takie dwa wyraźne kierunki, trendy. Z jednej strony coraz mocniej pokazujesz swoje lub w ogóle człowieka związki z naturą – takie jakby przenikanie się ludzi i roślin, wręcz roślinne przenikanie ciał.
Anna Orbaczewska
Tak, też mam takie poczucie od jakiegoś czasu, może to też z wiekiem przyszło albo po prostu taki czas, że czuję się coraz bardziej związana z przyrodą i to tak po prostu czuję, że jesteśmy ulepieni z tej samej materii wszyscy, że nam się wydaje, że jesteśmy tacy osobni, indywidualni i po prostu przeceniamy to swoje ego, a tak naprawdę należymy wszyscy do siebie. Mam takie wizje czasami, że idę i wydaje mi się, że drzewo ze mnie wyrasta, albo że kiedyś będę drzewem, albo może, że nim byłam. Czasami mam takie poczucie, że można by było być ptakiem i zastanawiam się jak to jest, jak się lata i sobie myślę, że może kiedyś będę. To może też być tak, że po prostu już starsza i może tak jest, że w pewnym momencie życia zaczynasz myśleć o końcu, już wiesz, że on jest realny. Też trochę osób odchodzi. To mi się wydaje takie bardzo naturalne. Czuję, że wszyscy jesteśmy w jakimś cyklu, że po prostu się przenikamy.
Anna Szynwelska
Z kolei jeszcze ten drugi temat, który zauważyłam, że zaczęłaś mocniej poruszać w swoich obrazach, to twoje dzieci czy dziecko? Relacje z córką.
Anna Orbaczewska
Tak, tak. Zawsze interesował mnie człowiek. Nawet w malarstwie, nawet jeżeli jego nie malowałam, miałam takie cykle, które realizowałam razem z japońską artystką Nobuko Hayashi. One dotyczyły pejzażu, to nawet jak nie malowałam, to też skupiałam się na tym, żeby jego nie namalować, czyli na jakiejś absencji człowieka. Ale on był obecny w tej nieobecności, tak w mojej głowie przez pewien czas. Nawet dzisiaj rano pomyślałam sobie o tym, że później takie cykle, które malowałam „Nigdy nic nie wiadomo” w 2011 - tam były osoby, które były odwrócone tyłem. Trochę nie chciałam konfrontacji z twarzą, a w pewnym momencie po prostu stwierdziłam, że już od jakiegoś czasu, myślę, że od kilku lat, od dwóch, trzech lat, że zaczęłam wracać do portretu - tylko w taki swój sposób i też parę razy właśnie - bo tu jest taki wątek mojej córki, która jest w tranzycji. To był kiedyś Franek, teraz jest Eliza i przez wiele lat nie mogłam jej namalować. Próbowałam stworzyć portret i zawsze w połowie po prostu coś mi nie szło, odstawiałam obraz, zostawiałam i tak miałam kilka płócien. I teraz jak ona wyjechała na studia do Kopenhagi, ale też staje się coraz bardziej kobieca i przechodzi taką metamorfozę, coś się we mnie ruszyło i wewnątrz zobaczyłam jaka ona jest piękna, ale taką pięknością, nie taką typową. Wydaje mi się, że jest wiele piękna w każdym człowieku, ale tu jakby ją zobaczyłam, taką właściwą osobę, którą się staje, którą powinna być i którą zawsze była, ale tak jak była schowana, a teraz po prostu rodzi się troszeczkę na nowo. Nie planowałam tego zupełnie. Natomiast obudziła się we mnie taka potrzeba, żeby przeżyć tę tranzycję może razem z nią, portretując ją i i łapiąc w tych w różnych sytuacjach, ale też wracając do przeszłości, bo namalowałam dwa malutkie portreciki, kiedy miała 5 lat i przez te wszystkie lata - bo gdzieś zrobiłam jej zdjęcie dawno dawno temu, jakieś szkice miałam, próbowałam do tego podejść, ale nie wychodziło mi i zostawiałam te obrazy - tak teraz po prostu coś się odblokowało i zupełnie naturalnie próbuję zrozumieć, przejść tę tranzycję razem z nią, malując ją. Może to też jest tak, że sztuka jest sposobem nazywania pewnych prawd, które trudno jest inaczej nazwać, bo słowa są bardzo zero-jedynkowe, a w sztuce jest wiele płaszczyzn. Czasami malując obraz nawet, czy rysując coś, nie do końca potrafimy to zwerbalizować i nazwać o co chodzi. Rodzi się w nas taka ogromna potrzeba, żeby to zrobić. Znaczy ja mam tak, że po prostu muszę, że żeby nie zwariować, to muszę namalować albo narysować i dopiero później dochodzę do tego, dlaczego. No więc mam już parę tych obrazów Elizy i tak właśnie pomyślałam, że to jest chyba to przechodzenie, jakby wejście w jej tranzycję troszeczkę.
Anna Szynwelska
Tak jak teraz o tym opowiadałaś, skojarzyło mi się to z rozkwitaniem albo z takim procesem przemiany, jaki zachodzi u roślin. Albo właśnie z poczwarką, która stopniowo przeobraża się w nową formę. Jakby wychodzić z jakiegoś kokonu, stopniowo się z niego uwalniając i nabierać swojej właściwej formy.
Anna Orbaczewska
Super to ujęłaś. To właśnie jest faktycznie tak.
Anna Szynwelska
Albo jak jakaś roślina, która rośnie sobie powoli i wygląda zupełnie niepozornie, a potem nagle patrzysz w ogrodzie czy na podwórku i okazuje się, że wyrosło z niej coś pięknego. To zawsze jest trochę zaskakujące - taka samosiejka, nie wiadomo skąd się wzięła, a nagle rozkwita i okazuje się czymś naprawdę wyjątkowym.
Anna Orbaczewska
Faktycznie tak jest. Ta tożsamość, ta forma, ten stan, to piękno – ono było tu wcześniej, tylko może przez to, co jest teraz, zupełnie inaczej je widać. Sama tego poszukuję w tych obrazach. Myśląc o tym, że wszystko jest skończone i że trzeba mieć świadomość końca, jechałam wczoraj samochodem i zastanawiałam się, co tak naprawdę chciałabym jeszcze namalować. Co by było, gdyby ktoś powiedział mi, że został mi tylko rok życia. Tfu. Oczywiście mam nadzieję, że nie, ale to pozwala pomyśleć o tym, co jest naprawdę najważniejsze. że kurczę, co ja bym chciała I wydaje mi się, że właśnie teraz chciałabym tego namalować jak najwięcej. Może za tydzień będę myśleć inaczej, bo trudno to przewidzieć, ale mam mnóstwo pomysłów na portrety Elizy. Chociaż właściwie nie chodzi tylko o portret konkretnej osoby. Bardziej o uchwycenie jakiegoś stanu, emocji, czegoś, co jest bliskie także innym ludziom, jakichś emocji, czegoś, co akurat dany wizerunek symbolizuje w nas i nas przyciąga. Bo ja przynajmniej tak mam, że pewne rzeczy za mną chodzą. Są takie dwa nurty, które cały czas mi towarzyszą, czasami się mieszają. Z jednej strony bardzo czerpię z natury, a z drugiej w moich rysunkach często pojawiają się elementy zupełnie surrealistyczne. One mi się mieszają i jedne i drugie gdzieś tam mnie gonią. Budzę się i po prostu mam te pomysły i te najbardziej natrętne realizuję.
Anna Szynwelska
No dobrze. Nie wiem, czy chciałabyś jeszcze coś dodać, może opowiedzieć o jakichś planach na przyszłość? Chociaż mam wrażenie, że właściwie bardzo ładnie już to wszystko podsumowałaś.
Anna Orbaczewska
Tak że nie wiadomo z tymi planami na przyszłość. Sama wiem, że to jest tak, że po prostu się zmieniamy. I chyba to jest fajne, że różne rzeczy są dla nas różnie ważne w różnych momentach życia. I chyba za tym należy pójść. Tak że moim planem na przyszłość jest chyba pozostanie wierną sobie i niebanie się. To, co mnie zawsze stopowało, to jakaś autocenzura. Na przykład mówiłam sobie: „Nie, portrety to nie, nie będę tego robić, bo to jest takie za płytkie. Trzeba by wymyślić jeszcze jakąś sensowniejszą teorię”. A tak nie jest. Czasami najciekawsze rzeczy kryją się w takich małych sprawach, a teorie bywają sztuczne. To, co jest prawdziwe, i tak wypłynie. To znaczy ten motyw w momencie tworzenia może jeszcze nie jest do końca znany, kiedy zaczyna się pracę, ale w trakcie wychodzi, jeśli jesteśmy dostatecznie szczerzy wobec siebie. Wychodzi to, po co właściwie to robimy i jaka prawda może z tego wyniknąć. Tak że moim planem na przyszłość jest po prostu kontynuować pracę i być w tym autentyczną. Bo jeżeli w pewnym momencie stwierdzę, że coś nie ma już sensu, to może właśnie warto pójść w inną stronę, zamiast zmuszać się do produkowania prac tylko dlatego, że wypada je robić, mimo że nie ma się już takiej potrzeby. No wystarczy już tych słów. [śmiech]
Anna Szynwelska
Dobrze. Dziękuję bardzo za czas, który mi poświęciłaś. Dziękuję bardzo również za spotkanie i rozmowę.
Anna Orbaczewska
Dzięki.
[Muzyka]
OUTRO
Anna Szynwelska
To była pierwsza rozmowa z serii ArteCast. Mam nadzieję, że słuchanie jej sprawiło wam wiele przyjemności i dowiedzieliście się więcej o tym, jak działa Anna Orbaczewska i co najbardziej ją inspiruje. Jeśli chcecie poznać kulisy powstawania tego odcinka, zapraszam was do śledzenia naszych mediów społecznościowych, gdzie znajdziecie jeszcze zdjęcia oraz filmy, które nagrałam podczas naszego spotkania z Anią Orbaczewską. No i w ogóle zachęcam do subskrypcji i śledzenia naszych mediów społecznościowych, ponieważ już wkrótce będziemy mogli spotkać się z kolejnymi twórcami.
Tymczasem do zobaczenia, do usłyszenia. Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do wysłuchania kolejnych odcinków.