ArteCast · Transkrypcja
JOL GMUR / Obecność. Mamy tylko „tu i teraz"
Prowadząca: Anna Szynwelska
ArteCast, podcast o sztuce współczesnej.
[dżingiel]
[delikatne odgłosy skwierczenia, krzątania się przy kuchni]
Jol Gmur
Tyle radości mi to daje, że to jest aż niesamowite. Jak już wejdziesz w ten rytm, to wiesz, że na przykład w kwietniu zakwitnie magnolia, a jesienią pojawi się pigwa. I właśnie to jest też fajne, że można sobie ten rytm obserwować i w pewnym sensie wszystko zaplanować. [dźwięk otwieranych drzwi, dziecięcy głos słyszany z oddali] - Hej mama!
Jol Gmur
- Cześć kochasiu.
[głos dorosłej kobiety słyszany z korytarza] - Cześć.
Jol Gmur
- Cześć. O, jest i mama, ...więc jakby tak żyjesz tym całym procesem tej natury. No ale to uczy takiej pokory, nie?
Anna Szynwelska
- Dzień dobry...
[dżingiel]
Anna Szynwelska
To, co usłyszeliście przed chwilą, może nie do końca brzmi jak podcast o sztuce współczesnej. Może mieliście wrażenie, że przez pomyłkę włączyliście zapowiedź nowej edycji programu "Nasz nowy dom" albo jakiegoś podcastu o ogrodnictwie.
Nic bardziej mylnego. To był fragment rozmowy z Jolą Gmur, czyli kolejnego odcinka ArteCast. Słyszycie tutaj dźwięki domowego zacisza, chociaż trudno powiedzieć, żeby to było takie zacisze, ponieważ dużo się dzieje. Skwierczenie to akurat smażenie jajek sadzonych na patelni przez Jolę. Oraz oczywiście dzwonek do drzwi i powitanie z synkiem, który akurat wraca z przedszkola razem z babcią. Są to na pewno dźwięki przytulnego domu, przestrzeni przejaznej, pełnej miłości, ale także sztuki. Jest to miejsce, gdzie znajduje się także pracownia Joli. No ale może przedstawię naszą bohaterkę. Jola Gmur jest artystką wizualną, graficzką i malarką, absolwentką Wydziału Artystycznego w Lublinie oraz Université Rennes 2 we Francji. W swojej praktyce szczególne miejsce poświęca litografii, medium wymagającemu uważności, spowolnienia i fizycznej relacji z materią. Jej twórczość koncentruje się na geście malarskim I jego zdolności do rejestrowania chwili obecnej. Prace Joli były prezentowane na licznych wystawach i festiwalach w Polsce oraz za granicą, między innymi w Berlinie, Japonii, Korei Południowej, Australii oraz Ameryce Południowej.
No tak, ale o czym będziemy rozmawiać? Na pewno będziemy rozmawiać o byciu tu i teraz. O obecności, uważności i celebrowaniu chwili. O sztuce jako formie dzielenia się sobą z innymi oraz o dawaniu, które nie jest stratą, lecz źródłem sensu i relacji. Jola opowie też o czerpaniu inspiracji z natury, tworzeniu dzieł, które w jakiś sposób też oddają hołd przyrodzie. No i też podkreślają, że przyroda nie jest tłem, lecz pełnoprawnym partnerem, wymagającym szacunku, troski i odpowiedzialności.
To także bardzo osobista rozmowa o życiu ze świadomością choroby, o słuchaniu własnego ciała, o kruchości i sile, o samoświadomości. która przenika zarówno codzienność, jak i praktykę artystyczną. Na pewno też o sztuce, która nie oddziela się od życia, lecz wyrasta z niego i do niego wraca. Tak więc zapraszam was do wysłuchania tej rozmowy oraz do bycia obecnym - tu i teraz.
[dżingiel]
Anna Szynwelska
To może na początek takie pytanie. Jakie emocje towarzyszą ci, gdy przekazujesz swoje prace innym osobom? Czy ciężko ci się z nimi rozstać? Czy jesteś do nich bardzo przywiązana emocjonalnie?
Jol Gmur
Mam ostatnio taką opcję, że wolę puszczać rzeczy w sensie, że nie chcę już gromadzić, nie chcę składować już tych grafik, tych obrazów, że dużo mam przyjemność właśnie z puszczania, z oddawania, z takiego dzielenia się w ogóle też tą sztuką z innymi w sensie takim też materialnym, nie tylko w ogóle wizualnym, tylko jakby w ramach takiego ofiarowania po prostu albo sprzedaży, albo też prezentu. W ogóle to mi daje też taką dużą radość, bo jakby mam takie wrażenie, że robię sobie przestrzeń na nowe obrazy. A że nie wiem co będzie się działo z tymi nowymi obrazami, jakie będą, że trochę mnie to też ekscytuje, to jakby to żegnanie się z tymi starszymi jest w zasadzie takim chyba naturalnym procesem, tak mi się wydaje.
Anna Szynwelska
Trochę tak jak z dziećmi, które w jakimś momencie jak dorastają - nie wiem czy każdy jest gotowy na to, żeby się z nimi pożegnać, z tymi dziećmi, ale to trochę też jest tak, że jakiś czas spędzasz z nimi i w jakimś momencie dorastasz do tego, żeby też jakby puścić je w świat do innego domu i do innego miejsca, nie? Ale to też przede wszystkim chyba jak masz poczucie, że one trafią w jakieś dobre miejsce, no nie? że to chyba też zawsze łatwiej przekazać taką pracę, sprzedać osobie, u której czujesz, że ta praca będzie doceniona, czy też znajdzie się w takiej przestrzeni, gdzie no... gdzie będzie jej dobrze.
Jol Gmur
Tak właśnie, że jak poczuję taką wibrację jakby z tym długim człowiekiem i jakby z tym, że on też jakby wyczuwa twoją wibrację, że jakby patrzy też na twój obraz i jakby on do niego rezonuje, do niego przemawia i to też jest budowanie takiego bardzo ciekawego dialogu, który mnie też interesuje w tym wszystkim, bo tak jak tutaj wcześniej ci powiedziałam, po prostu traci się już dystans do tego, co się robi w jakimś momencie, do tych obrazów, że już je tak doskonale znasz, każdy ślad, że to jest dla ciebie tak oczywiste i nagle przychodzi ktoś z zewnątrz i dostrzega zupełnie nowe aspekty i zaczyna ci jeszcze o nich opowiadać i ty tak myślisz - kurczę w ogóle nigdy tego w moim obrazie nie widziałam, nie dostrzegałam - ktoś dostrzegł jakby nową wartość i rodzi się w ogóle z tego też nowa całkiem ciekawa historia i to też mi otwiera oczy na to, że tych interpretacji jest sporo. Pomimo tego, że masz swoją wizję tego co powstanie, jak ten obraz będzie wyglądał, to jakby perspektywa innego człowieka jest zawsze taka ciekawa i rozwijająca w ogóle. Więc te dialogi się też tworzą.
Anna Szynwelska
Czytałam o performansie, takiej akcji, którą robiłaś na Spokój Festival. Możesz powiedzieć dokładnie jak to wyglądało, bo ja tak właściwie przeczytałam tylko jakiś taki opis, że przychodziły do ciebie osoby, żeby porozmawiać I ty na tej podstawie określałaś ich aurę i malowałaś ich - jak wróżka.
Jol Gmur
Słuchaj, no aż taką wiedźmą to nie jestem. Ale wiesz co, no to była taka bardzo, wydaje mi się, taka ładna sytuacja - w sensie takim, że lubię dawać ludziom przestrzeń, tak naprawdę też lubię słuchać ludzi, więc w lasku na tym Spokoju miałam takie poletko, rozłożyłam tam namiocik, karimatę, jakieś były poduchy. Tata Blanki stworzył właśnie takie dwie ścianki pod kątem prostym ze sobą jakby takie sąsiadujące i właśnie na tych ściankach się odbywała cała akcja podsumowująca. Jakby ten performans polegał na tym, że ja przez 8 godzin siedziałam właśnie w tym moim poletku i byłam otwarta na obecność drugiego człowieka, więc zapraszałam ludzi do siebie. Była też informacja o tym, że można do mnie przyjść i po prostu porozmawiać albo posiedzieć, nawet nie rozmawiać, ale z reguły właśnie ktoś przychodził, był zainteresowany, więc zaczynało się od tego, jak masz na imię, co tu robisz, więc od takich prostych pytań te rozmowy wchodziły na bardzo różne etapy, na różne otwartości też. Niektórzy tam się śmiali, pili piwko. Też było dużo osób, które widziały, że siedzimy, więc dołączały do nas. Więc tak naprawdę bardzo dużo ludzi, którzy się nie znali, poznali się w ogóle w tym miejscu i toczyliśmy rozmowy naprawdę na najróżniejsze tematy. I jak już czuliśmy, że ta rozmowa się nam zaczyna trochę wyciszać, no to prosiłam każdą osobę po kolei, żeby wybrała sobie z ponad 200 kolorów pisaczków jeden kolor, który najbardziej lubi i pozycję na tej ściance, która najbardziej będzie odzwierciedlała jego osobowość, jego charakter czy jego stan jakby obecny. Więc na tej ściance były odrysowane postaci właśnie wszystkich ludzi, którzy odwiedzili mnie podczas tych dwóch dni festiwalu, więc zrobiła się z tego taka mandala, bo te linie zaczęły też na siebie nachodzić, przechodzić, na przykład ręce czy palce nakładały się w niektórych miejscach, więc stworzył się z tego taki przepiękny obraz, bardzo delikatny, ale myślę, że wyrażający też taką obecność tu i teraz każdego, kto się pojawił, kto chciał być, kto chciał ten czas poświęcić. I to było dla mnie też takie cenne, że tak naprawdę to my nie mamy nic więcej niż tu i teraz. I dla mnie to było też takie istotne, że ta obecność, która właśnie jest tą jedyną rzeczą, którą możemy też ofiarować komuś innemu, że ona jakby namacalnie mogła się na tej ściance pojawić, że każdy później mógł sobie te linie odnaleźć, ale że jego obecność była po prostu zaznaczona, że ta rozmowa i ta sytuacja została też zarejestrowana. Więc to było dla mnie też takie istotne. No I ta ścianka stoi dalej w lesie, tak więc można ją sobie zobaczyć. Ale tak właśnie też poznałam bardzo dużo ciekawych osób i dla mnie to było takie doświadczenie, bardzo jakby też dające, ale też zabierające energię, bo wiadomo, że jesteś jakby cały czas dla kogoś, ale też tak sobie pomyślałam “co ja mogę dać drugiemu człowiekowi, jak nie tylko siebie w danym momencie właśnie”, że to tu i teraz jeszcze w kontekście obecnej sytuacji jest dla mnie potrójnie ważne.
Anna Szynwelska
Tak jak wspomniałaś o zaznaczeniu śladu – tutaj akurat obecności człowieka, to też skojarzyło mi się to z pracą, którą zrobiłaś w ramach naszej współpracy przy instalacji "Człowiek to nie wszystko". Gdzie też tak upamiętniłaś konar drzewa – też używając właśnie technik malarskich czy grafiki. Więc może też powiedz, co cię zainspirowało? Dla mnie zawsze bardzo ważne było to, że miałaś taki mocny kontakt z naturą, z przyrodą i tutaj to bardzo mocno było zaznaczone.
Jol Gmur
Tak właśnie to też dla mnie była bardzo ważna praca, jak i pokazanie jej w przestrzeni nie galeryjnej, tylko trójwymiarowej tira, który jest tak pojemnościowy i w którym można w ogóle tak przepięknie różne rzeczy aranżować. Natomiast istotne dla mnie było to, żeby uhonorować tę naturę i nadać jej statut nadrzędny tak naprawdę – podkreślić, że to my trochę podlegamy pod naturę, a nie natura pod nas. Stąd decyzja, żeby ten konar, który po prostu w czasie wichury został złamany i upadł na ziemię i w zasadzie był takim kikutem, ale żeby nie traktować tego jako, że coś się złego stało, że natura nie dała rady, tylko żeby to celebrować i wynieść tę naturę na taki piedestał. Żeby sobie usiadła trochę na tronie w jakimś momencie. Więc powstała mieszanka tej farby drukarskiej połączona właśnie z tą ziemią z Dolnego Miasta i na bazie tej struktury i tej mikstury odcisnęłam ten konar na płótnie. A później jeszcze ten konar trójwymiarowy został umieszczony też w tirze. To było dla mnie ważne, żeby nadać tą wyjątkowość naturze. Jesteśmy przyzwyczajeni, że drzewo, drzewo, każdy drzewo mija, wie jak drzewo wygląda, wie jak drzewo narysować, ale w momencie, kiedy to drzewo zaczyna funkcjonować jako obiekt, zaczyna zmieniać też tą swoją formę – że w zasadzie ten konar też wisiał w poziomie, nie był w pionie – więc trochę jakby się zmieniła…
Anna Szynwelska
- Lewitował.
Jol Gmur
Tak, lewitował. Dokładnie. Więc wydaje mi się, że to też może zwrócić uwagę na to, że należy z tą naturą żyć w dobrych stosunkach i szanować się przede wszystkim, mieć ogromny szacunek do tego, co nas otacza i zwracać uwagę na piękno tej naszej natury, bo zapominamy, myślę, o tym – że jesteśmy tak przyzwyczajeni w ogóle wizualnie do tych wszystkich rzeczy, do koloru nieba, do koloru kwiatów, ale tak naprawdę jak się zatrzymamy i trochę się nad tym dłużej zastanowimy, to wydaje mi się, że wtedy zaczynamy dostrzegać inne walory tego piękna, że im dłużej to kontemplujemy, tym więcej się pojawia jakby piękna w tym. I może do takiej kontemplacji chciałabym też skłonić się sama, czy może też tą właśnie instalacją chciałam stworzyć taką przestrzeń do tego, żeby zastanowić się nad tym, jaki mamy stosunek i czym ta natura dla każdego jest.
Anna Szynwelska
No i ta praca została zrealizowana na terenie Dolnego Miasta, gdzie też wiem, że później realizowałaś projekt "Czarna Rzeka"?
Jol Gmur
Tak, tak, "Czarna Rzeka.
Anna Szynwelska
Właśnie, on jest jeszcze w procesie czy już został zakończony? Jak to właściwie wygląda?
Jol Gmur
No właśnie "Czarna rzeka" jest w zasadzie od 2021 roku w procesie, bo cały czas szukam takiej najlepszej formy oddania obrazu tej idei, która gdzieś mi w głowie zaświtała. A mianowicie, ze względu na takie duże zmiany w przestrzeni miejskiej mam takie wrażenie, że jakby tworzą nam się takie wycinki rzeczywistości, że pejzaż i to do czego się przyzwyczailiśmy na przykład na Opływie Motławy zaczyna nam zanikać. Więc w tych miejscach, które zaczynały zanikać, przykładałam tę czarną tkaninę, która zwiewała, nosiła się do góry, tworzyła różne takie figury, ale zaczęła tę przestrzeń też przesłaniać, tworzyć takie trochę surrealistyczne obrazy, może trochę też niepokojące. No ale jakby ten niepokój też pokazuje, że zmiana, która może się pojawić niekoniecznie dobrze będzie wpływała na człowieka, na przestrzeń, że to też jest taka kolejna praca, która właśnie może skłonić do tego, żeby pomyśleć o tej przestrzeni zmieniającej się: czy te zmiany są dobre, czy niedobre? Więc powstała część tej „Czarnej Rzeki” pływającej, ale też powstała praca z niebieską tkaniną. Powstała już na Górkach Zachodnich i też jakby w kontekście zmieniającej się, troszkę już zdegradowanej przestrzeni. Więc jakby ta tkanina jest takim trochę też krzykiem, taką flagą SOS, żeby zastanowić się na ile to wszystko co się dzieje wpływa dobrze na stan. Więc ta niebieska tkanina jeszcze jest w toku. Natomiast powstały z tego bardzo, bardzo piękne filmy. Myślę, że świetnie też obrazujące tę całą problematykę różnych wycinek drzew, które też nie zawsze są korzystne, ale się też pojawiają.
Anna Szynwelska
No tak, bo tutaj też mamy do czynienia z działaniami nazywanymi rewitalizacją, które często po prostu degradują tę przestrzeń, która jest może trochę dzika, nieujarzmiona, ale też przez to jest domem dla różnych dzikich zwierząt. Ta natura wzrastając samodzielnie nie potrzebuje takiego zorganizowania, podziału, ścieżkami betonowymi i tak dalej. Nie wiem, czy ty też brałaś udział w takich akcjach. Pamiętam, że Natalia Grzymała swego czasu nawoływała do pomocy ropuchom. Przez to, że odcięto im drogi, którymi zwykle przemieszczały się między Opływem Motławy, rzeką a swoimi siedliskami, znalazły się właściwie w pułapce. Trzeba było przyjść, pozbierać je do wiaderek i pomóc im przedostać się na drugą stronę. I to też było spowodowane tymi wszystkimi przeszkodami, które powstały w wyniku budowy betonowych ścieżek czy wysokich krawężników – rozwiązań, które zupełnie nie uwzględniały potrzeb tych najmniejszych mieszkańców.
Jol Gmur
Tak, właśnie o to chodzi, że natura sama potrafi wszystko przepięknie wyregulować. Nawet ludzie, kiedy chodzą po jakimś terenie, sami wydeptują sobie ścieżki. A robienie takich prostokątnych, wytyczonych co do linijki alejek czy krawężników jest po prostu czymś nienaturalnym. Myślę, że gdybyśmy częściej odwracali wzrok w stronę tego, co jest prawdziwe, naturalne i same sobą rządzi i potrafi stanowić, to myślę, że to byłaby taka pełnia jakby harmonii, szczęścia i każdy by na tym skorzystał. Tym bardziej zwierzęta, które pojawiają się w centrach miast. Mamy coraz więcej lisów, o dzikach nie wspominając, są też płazy, jeżyki. To one najlepiej wiedzą, czego potrzebują, a na pewno nie potrzebują aż tak dużej ingerencji w swoje życie. Dlatego myślę, że zwrot ku naturze jest czymś naprawdę istotnym.
Anna Szynwelska
No tak. Tym bardziej, że też człowiek zabiera tę przestrzeń zwierzętom wchodząc z kolejnymi inwestycjami na tereny, które wcześniej były dzikie, zalesione, na jakieś niegdysiejsze łąki. Więc też musimy być w jakiś sposób przygotowani na to, że ta natura też będzie się domagać tej przestrzeni, albo że zwierzęta, które tam mieszkały, w jakiś sposób będą tam powracać. Więc budując osiedla przy lesie, nie możemy oczekiwać, że dzik się tam nie pojawi.
Jol Gmur
No właśnie. Właśnie to jest to, że trzeba świadomie dobierać miejsca swojego mieszkania i swojego bytu.
Anna Szynwelska
No tak. I tutaj właściwie nie chodzi tylko o zwierzęta. Myślę też o powodziach i zalaniach, które występują w miejscach sztucznie osuszanych albo tam, gdzie zmieniono bieg rzeki. Później dochodzi do katastrof, bo rzeka, pozbawiona swojego naturalnego koryta, nie znajduje ujścia i albo występuje z brzegów, albo po prostu próbuje wrócić do swojego naturalnego biegu. To rodzi katastrofy i bardzo konkretne ludzkie problemy. Myślę, że jest w tym też coś takiego, że człowiek nie do końca szanuje naturę i często zakłada, że może dowolnie nią manipulować. A później okazuje się, że wszystko może się obrócić przeciwko niemu. Powodzie, kryzys klimatyczny i wiele innych zjawisk są przecież w jakimś stopniu wynikiem naszej działalności, nadmiernego zużywania paliw kopalnych i wielu innych działań. To wszystko się kumuluje i w pewnym momencie zaczyna domagać się sprawiedliwości albo po prostu chce swoje terytorium ozdyskać.
Jol Gmur
Tak mi się właśnie wydaje, że natura jakby też tak nie daje za wygraną, że będzie walczyć, bo to jest jej pierwotność. To należy do niej po prostu. To należy do niej i to musi wrócić do natury. Ona będzie walczyć na pewno i walczy.
Anna Szynwelska
Tak, siła takiego odradzania się bywa czasami niesamowita, gdzie no nawet gdzieś między płytami betonowymi te kwiatki wyrastają. To też są oznaki, że ta natura jednak powróci i odzyska to miejsce w jakimś momencie, nie?
Jol Gmur
Tak. Tak. To jest właśnie to, że no przecież cały Czarnobyl w ogóle jak się szybko też odrodził... jak natura szybko w ogóle wchłonęła tak naprawdę ten budynki, te wszystkie samochody i...
Anna Szynwelska
i zwierzęta bez jakichś mutacji, bez większego uszczerbku zaczęły po prostu też egzystować i wspaniale się rozwijać. Tam zwierzęta mają raj w tym momencie – i to miejsce jest niczym rezerwat.
Jol Gmur
No tak, tak, dokładnie. No to jest właśnie niesamowite, więc uważam, że my jesteśmy naprawdę takim pyłeczkiem w ogóle, bo co my tutaj możemy?
Anna Szynwelska
No tak, także takim trochę gościem, który trochę nadużywa tej gościnności, nie? Jak będzie przeginka, no to po prostu...
Jol Gmur
O to pomacha różdżką w ogóle jakaś gałązka.
Anna Szynwelska
Tak, no też niewiele potrzeba. Wystarczy jakieś większe trzęsienie ziemi, powódź, cokolwiek, nie? I tu rachunki można wyrównać za te wszystkie zniszczenia.
Jol Gmur
No można, można. To jest piękne właśnie.
Anna Szynwelska
A wracając do twoich prac, skoro już zaczęłyśmy rozmawiać o siłach natury i o tym, jak bardzo czerpiesz inspirację z tego, co cię otacza. Wspomniałaś też o swoim ogrodzie. Czy masz go od dawna? I jak bardzo wpływa on na to, co później pojawia się w twoich pracach? Jak bardzo inspiruje cię w tym, co tworzysz?
Jol Gmur
No właśnie ten ogród mam od 2023 roku i wcześniej tym ogrodem zajmowała się pani Stefania, czyli jakby poprzednia właścicielka mieszkania, więc ja tak naprawdę otrzymałam schedę po niej i nie wiedziałam tak naprawdę co się w tej ziemi kryje, bo bo dopiero na wiosnę zaczęły te wszystkie piękne roślinności się pojawiać. Więc co dwa tygodnie od wiosny jest po prostu burza kolorów. Te rośliny wiedzą doskonale co mają robić, nie obchodzi ich, że ktoś dysponuje tutaj przestrzenią, tylko one wiedzą w którym momencie się rozwinąć, wyrosnąć, zwrócić się ku słońcu. Więc mam przepiękny ogród, w którym pojawiają się przepiękne kwiaty dające właśnie taką inspirację do tego, żeby zastanowić się nad tym kontekstem natury i tego malarstwa. Bo tak jak wcześniej rozmawiałyśmy, natura jest piękną inspiracją, ale właśnie żeby też te rzeczy, które powstają jakby w inspiracji z niej niosły też tą delikatność, ten walor takiego jakiegoś unikatu. Tak naprawdę mi się wydaje, że właśnie bardzo często można te kiczowate obrazy malować, ale jakby się tu zastanowić nad formą to natura jest przepiękna. Nawet wiesz, kolor nieba – namalowałam kiedyś taki kobaltowy obraz. Tak się zastanawiałam, co to jest za kolor w ogóle, czy on w ogóle w naturze występuje. A później - był to wrzesień - tak przeszłam się ulicą, spojrzałam na niebo i myślę sobie, kurczę, to jest ten kolor, jaki właśnie powstał na moim obrazie, że jakby tych inspiracji i tych kolorów jest tak wiele wokół nas. I w zasadzie wystarczy się czasami zatrzymać i sobie spojrzeć te kilka minut dłużej w to, co mamy przed sobą. Myślę, że ta kontemplacja jest właśnie tutaj chyba też istotna. Więc ogólnie ten ogród też jest dla mnie taką trochę dziczą –dziczą kolorystyczną, dziczą formalną. Ale myślę, że właśnie duży wpływ wywiera też na tym, co teraz maluję. Myślę, że to jest właśnie w tym momencie mi najbliższe w ogóle i daje mi dużo radości i też dużo takiej swobody twórczej, że nie czuję się w żaden sposób też związana, ograniczona, tylko jakby natura w tej swojej lekkości też pozwala mi lekko malować.
Anna Szynwelska
Nie zdążyłam Cię jeszcze zapytać o ten cykl czy obrazy, który aktualnie malujesz i które nazywasz „obrazami medycznymi”. Chcesz o nich opowiedzieć?
Jol Gmur
Mhm. No właśnie to jest taki cykl, który zaczął powstawać w ubiegłym roku. To był rok 2024 dokładnie. A związane to było z tym, że pojawiło się u mnie krwioplucie, co dało mi taki sygnał, że chyba coś niedobrego się dzieje z moim ciałem. Więc, wiadomo, poszłam do lekarza i zaczęłam badać moje ciało. Okazało się, że mam niewielką zmianę na płucu. Zmiana nie okazała się nowotworowa – wszystkie badania wykluczyły istnienie nowotworu, więc jakby też trochę się poczułam lepiej psychicznie z tym wszystkim, że jednak jestem zdrowa, a to krwioplucie wynika z troszeczkę innych dolegliwości. No i w międzyczasie utworzyłam sobie w mojej kuchni taką małą pracownię malarską i malowałam obrazy, ale to krwioplucie nadal nie ustępowało, więc zaczęłam malować takie miniatury na płótnie lnianym, miniatury na których pojawiały się właśnie takie różne linie w kolorze błękitu, czerwieni i bieli, które się przenikały i właściwie jakby w formie zaczęły stanowić taki trochę układ krwionośny. Jakby też porządkowanie, malowanie tych linii dawało mi poczucie kontroli, że jakby kontrolując te linie i malując te różne ślady też jakby mam kontrolę nad tym, co się dzieje z moim ciałem. No i te obrazy sobie powstawały w międzyczasie. Później zaczął powstawać w ramach obrazów medycznych większy obraz w formacie już 150 na 100, w którym jakby zagęszczenie linii było coraz większe i większe, bo ten obraz malowałam od marca do maja. W maju miałam przerwę i właściwie do tego obrazu wróciłam chyba jakiś tydzień temu. Tak naprawdę wróciłam do niego dopiero tydzień temu, bo bo w międzyczasie okazało się, że jednak mam nowotwór złośliwy płuca z przerzutem na oskrzela i na mózg. A uważam, że mózg jest moim największym atutem – największym atutem mojego ciała i mojego jestestwa. Więc jakby jest to dla mnie też takie paradoksalne, że coś co uważam za największy skarb w zasadzie jest teraz poddane takiej największej zmianie i percepcyjnej i też komunikacyjnej. Bo to moje ciało zupełnie na nowo poznaję i odbieram właściwie tak, jakbym była trochę nowym człowiekiem, nie wiem czy nowym lepszym czy nowym gorszym, ale po prostu uczę się też mojego ciała i tego jak postrzegam rzeczywistość. Więc paradoksalnie te moje zmiany na mózgu i na płucach dalej mnie motywują do tego, żeby ten obraz powstawał, malował, żeby nadal utrzymać taką kontrolę – kontrolę tych linii. Działam w obszarach, na który mam tak naprawdę wpływ, a mam wpływ na to, jak mogę malować, jak te obrazy tworzę. Więc w zasadzie na tym się teraz skupiam. Te obrazy medyczne jakby tak dobrze mi się łączą z tym, co się dzieje z moim ciałem w chwili obecnej, ale też tworzy się zupełnie nowa forma obrazu, której jeszcze chyba nigdy nie namalowałam, bo zawsze jednak pracowałam takim zamaszystym gestem, dużym pędzlem, farbą olejną, a tutaj nagle też jest zmiana techniki, bo maluję temperą jajeczną, sypkim pigmentem i też te linie nie są właśnie zamaszyste, nie są takie energiczne, tylko są delikatne, malowane mniejszym pędzlem. Więc jakby tutaj jest totalnie nowa rozgrywka, która mi się podoba, nie ukrywam.
Anna Szynwelska
Chyba też w naszej ostatniej rozmowie powiedziałaś coś takiego, że zawiodłaś się na swoim ciele. Nie wiem, jakoś tak to zapamiętałam. Jak właśnie podchodzisz do swojego ciała i do tej przemiany?
Jol Gmur
Mhm. No właśnie to ciało jest… no jest inne, bo też miałam wlew, więc lewa część mojego ciała jest osłabiona, co też daje się znaki. Ręka czasami tak samoistnie mi w jakimś jakby maśle ląduje. Więc tutaj pracuję nad tą sprawnością, ale tak sobie właśnie ostatnio myślałam o tych obrazach ekspresyjnych, że te wielkie płótna, które malowałam dużym pędzlem, no to były płótna w formacie dwa na półtorej metra, więc tak naprawdę to moje ciało zawsze musiało być fizycznie przygotowane do tego, żeby objąć tak dużą przestrzeń, bo powierzchnia płótna przerastała moją wysokość, bo ja mam 170, a tu się mierzymy z dwumetrowym kolosem. Więc to ciało zawsze dla mnie było też ważne, żeby było rozciągnięte, plastyczne, sprawne, żeby móc też te gesty spokojnie i swobodnie wykonywać. No a w chwili obecnej niestety się nawet nie za bardzo schylę, więc jakby też ta technika zmienia się z racji właśnie też tej cielesności. Ale wiesz co, mam taki szacunek do ciała, bo wiem, że pomimo tego, że nie jest takie, jakie w tym momencie chciałabym, żeby było, to jednak praca z nim, też daje mi poczucie sprawczości, takiej siły. Wiem, że im jakby silniejsze jest ciało, tym też będzie później łatwiej mi być może wrócić do tego stanu sprzed choroby, żeby móc jeszcze taki obraz ekspresyjny namalować. Więc szacunek jest, ale też jest czasami niezgoda, bo patrzysz, że już to ciało przeszło tyle różnych etapów, bo miałam i odmę – od pasa do głowy byłam cała napompowana powietrzem po operacji, zrobił się jakiś otwór, który spowodował, że byłam po prostu napompowana jak balon i pęcherzyki powietrza przepływały mi pod skórą. Więc dużo różnych etapów moje ciało przeszło, ale za każdym razem widziałam, że wraca do tego punktu zero, że jakby chcę odzyskać tę swoją pierwotną formę. Więc wszystkie te ćwiczenia i to, co sobie planuję, dają mi też poczucie sensu. Wiem, że prowadzą do czegoś dobrego. Ta kontrola nad ciałem sprawia też, że trochę łatwiej obcować z chorobą na co dzień. Nie jestem zostawiona sama sobie i temu, co dzieje się w moim ciele. Mam poczucie, że mogę mieć wpływ na to, jak to ciało wygląda i jakiej sprawczości może nabierać.
Anna Szynwelska
Też zauważyłam, że dosyć często używasz teraz mediów społecznościowych. Nie wiem czy wcześniej też byłaś tak aktywna, ale też widzę, że w jakiś sposób właśnie te media społecznościowe, te kanały, na których pokazujesz swoje prace i dzielisz się przemyśleniami na temat swojej sztuki, swoich działań, nabierają formy dziennika. Jak to traktujesz? Czy czy masz wrażenie, że częściej korzystasz z tego medium?
Jol Gmur
No tak, Aniu, właściwie bardzo trafnie to zasugerowałaś. Te social media nigdy nie były dla mnie czymś super istotnym. W zasadzie były bardziej takim komunikatorem ze znajomymi. Myślę też, że nie dzieliłam się tam w pełni tym, co naprawdę robiłam, tylko raczej pokazywałam jakieś namiastki tego, co się dzieje. Do nagrywania i opowiadania o obrazach zachęciła mnie moja przyjaciółka. Powiedziała, że chciałaby, żebym o każdym obrazie coś opowiedziała, żeby zostawić takie archiwum – żeby było wiadomo, o czym jest ten obraz i co mi towarzyszyło podczas jego malowania. Pomyślałam sobie, że to faktycznie może być ciekawe. Przemyślałam ten temat i stwierdziłam, że to chyba dobry moment. Siedzę cały dzień w domu, nie mam nic innego ciekawego do roboty – pół żartem, pół serio. Ale tak naprawdę uznałam, że to świetny czas, żeby podsumować to, co przez ponad dwadzieścia lat mojego życia było ze mną na co dzień. Taki czas na podsumowanie, kontemplację i zastanowienie się nad tym, co udało mi się zrobić, dlaczego niektóre obrazy powstały i skąd się wzięły. To jest dla mnie bardzo ciekawe, bo sama odświeżam sobie te wszystkie sytuacje. Przypominam sobie, w jakim kontekście i w jakim momencie mojego życia powstawały poszczególne obrazy. W pewnym sensie pomaga mi to też na nowo poukładać i przewartościować różne doświadczenia. Dlatego social media i dzielenie się tym, co robię i robiłam, stały się dla mnie trochę formą dziennika. Formą, którą chcę się dzielić z innymi. Nie czuję przy tym żadnego wewnętrznego przymusu, że muszę dziś coś opublikować. To dzieje się bardzo naturalnie. Jest coś, co jest mi bliskie, a te kanały po prostu dają mi możliwość przekazania tego, co jest dla mnie ważne. Jeśli ktoś tego słucha, to bardzo się cieszę. Ale chyba najważniejsze jest dla mnie w tym momencie to, że mogę sobie to wszystko na nowo poukładać.
Anna Szynwelska
Mhm. Tak. I piękne jest też to, jak wychodzisz z obrazami do ogrodu, przynajmniej z tymi mniejszymi pracami, i zestawiasz je z zielenią. Teraz może już trochę przyschniętą, taką bardziej jesienną, ale nadal żywą. Bardzo podoba mi się to, że pokazujesz, jak te prace korespondują z naturą i z tym, co dzieje się w przyrodzie. Widać też, jak funkcjonują w takim otoczeniu i jak wchodzą z nim w dialog.
Jol Gmur
Mhm. Tak właśnie. Mam teraz dużo takich pomysłów, żeby osadzać te obrazy nie tylko w moich ogrodowych przestrzeniach. Chociaż ten ogród jest szalony, przepiękny i cały czas mnie inspiruje, to mam też ochotę wyjść z pracami w inne miejsca. Muszę tylko trochę skonfigurować to z moim ciałem, bo uważam, że nadanie obrazom nowego miejsca od razu daje im nowy kontekst i nową interpretację. Ale tak naprawdę pokazuje też pewną bliskość. Bo kiedy spojrzymy na te niebieskie, kobaltowe obrazy, a potem na kolor nieba w letni, słoneczny wieczór, to nagle okazuje się, że te błękity się pokrywają. Że ten kobalt wcale nie jest jakimś obcym kolorem z tubki, tylko naprawdę istnieje w naturze. Zresztą wszystkich tych kolorów możemy się doszukać, znaleźć je i potwierdzić, że to nie są jakieś nasze wymysły, że istnieje fuksja, czerwień czy jakieś żarówiaste kolory. To wszystko rezonuje, jest na wyciągnięcie ręki. Trzeba tylko czasami szerzej otworzyć oczy.
Anna Szynwelska
Jeszcze jak wspomniałaś o tych błękitach i kobaltach to przypomniałam sobie realizację "Niebieska rzeka"..?
Jol Gmur
To były "Ciała Niebieskie".
Anna Szynwelska
"Ciała Niebieskie". Tak. I to też był performance zarejestrowany na wideo?
Jol Gmur
To była taka ostatnia wakacyjna praca, realizowana we współpracy z Natalią Grzymałą, Michałem Harasimem, który nagrywał film z drona, oraz z Alinką Żemojdzin, która montowała materiał i zajmowała się fotosami razem z Ewą Szabłowską. Stworzyliśmy film, w którym piętnastometrowa tkanina, splatająca mnie i Natalię w wodzie na Górkach Zachodnich, staje się też rzeką – czymś, co scala, spaja, ale jednocześnie daje wolność. Mogłyśmy położyć się na tej tkaninie, a ona nas utrzymywała, łączyła i kontrastowała z zielenią morskiej wody. Powstały przy tym przepiękne obrazy – bardzo liryczne i mocne wizualnie. Ważny był też sam kontekst tej niebieskiej tkaniny, pojawiającej się w miejscach zagrożonych degradacją i zbyt dużą ingerencją człowieka w naturę. Wszystkie te realizacje – „Czarna Rzeka” i „Niebieska Rzeka” – są trochę takim wołaniem SOS, próbą zwrócenia uwagi na te miejsca i zachętą do zastanowienia się, czy wszystkie ingerencje są rzeczywiście konieczne, czy może czasem lepiej się zatrzymać i przemyśleć dalsze działania. W kontekście tego projektu mam też takie marzenie, o którym już rozmawiałyśmy. Chciałabym stworzyć międzynarodowy, międzygaleryjny i międzykuratorski projekt angażujący artystów z różnych miejsc. Pomysł jest taki, żeby wysłać tkaninę do grupy artystów, na przykład w Chorwacji albo w innym kraju zmagającym się z podobnym problemem. Trafiałaby ona do miejsc, które ich zdaniem zostały w jakiś sposób zdegradowane. Tam powstawałby kolejny film – opowiadający o sytuacji, która dotknęła dane miejsce – a następnie tkanina byłaby przekazywana dalej. W ten sposób powstałby swoisty łańcuszek działań, a tkanina stałaby się wspólnym elementem, czymś w rodzaju flagi SOS. To większy projekt, ale myślę, że miałby duży sens i znaczenie. Film „Ciała Niebieskie” można zobaczyć na YouTubie. Praca była też prezentowana na wystawie „Słuńce Ksążëc” organizowanej przez Fundację Lekkość we Wdzydzach Kaszubskich. To była wspaniała wystawa – pojawiło się tam wiele przepięknych prac i sztandarów. Cudownie było być na miejscu i uczestniczyć w tym wydarzeniu. Pokazaliśmy film, który można było obejrzeć za pomocą kodu QR, a piętnastometrowa tkanina wyłaniała się między drzewami, tworząc coś na kształt niebieskiej rzeki. Premiera naszego projekciku już się więc odbyła. Zachęcam do obejrzenia dokumentacji i śledzenia dalszych działań.
Anna Szynwelska
Tak, widziałam, że niesamowicie wyglądały też wszystkie te projekty artystów z całej Polski, a chyba i z zagranicy. Każdy przygotował jakieś prace – proporce, flagi, szarfy – wszystko na bazie tkanin. I te wszystkie prace były później eksponowane w przyrodzie, wśród drzew czy na trawie, na terenie Kaszubskiego Parku Etnograficznego.
Jol Gmur
Tak, to było właśnie to, że te prace w naturze, one zupełnie inaczej działają. Nawet wiatr, który powiewał tymi sztandarami, nadawał naturalności całej sytuacji. Mam wrażenie, że sytuacja galeryjna na pewno nie oddałaby tej prawdy i sensu tych przepięknych prac. A były naprawdę bardzo różnorodne. Każdy interpretował temat w bardzo, bardzo przemyślany sposób.
Anna Szynwelska
Niedawno jeszcze spoglądałam na dokumentację tej akcji i rozbawiło mnie trochę, kiedy zaczęłam czytać nazwiska artystów biorących udział w tej wystawie. Między innymi widzę: Julia Szynwelska. Pomyślałam sobie: „Hmm, taka artystka Julia Szynwelska, nie znam”. A później doczytałam, że była w zespole artystów współpracujących z Wojtkiem Gilewiczem. I wtedy dopiero przypomniałam sobie, że moja córka była u niego na wakacyjnych warsztatach artystycznych.
Jol Gmur
O, widzisz!
Anna Szynwelska
I właśnie w trakcie tych warsztatów wykonywali proporczyki. Wojtek specjalnie dał dzieciom takie zadanie, żeby każdy wykonał swój własny proporzec. Później zostały one zestawione ze sobą i zawieszone w przestrzeni parku. Tak się więc zupełnie przypadkiem dowiedziałam, że moja córka też brała udział w tej wystawie. [śmiech]
Jol Gmur
Przepiękny w ogóle przypadek.
Anna Szynwelska
Słuchaj, no w ogóle... takie zaskoczenie: „Julia Szynwelska? Taka artystka? Nie słyszałam...”. I one chyba zdobiły taką drewnianą scenkę, na której występowali artyści. Chyba właśnie tam były te kolorowe proporczyki.
Jol Gmur
Były, były, były właśnie. Tak. No to super w ogóle historia, przepiękna. Ale zobacz jaka! Super. Uwielbiam takie rzeczy.
Anna Szynwelska
No tak, tak. czasami właśnie w taki niesamowity sposób, gdzieś się po prostu mogą łączyć jakieś różne wątki i osoby spotykać, niespodziewanie.
Jol Gmur
No tak właśnie, bo to działanie Wojtka Gilewicza było turbo ciekawe. Te lekcje plastyki, które się odbywały, to był dla mnie po prostu strzał w dziesiątkę, jeśli chodzi o samą ideę i w ogóle rozumienie koloru. Tak naprawdę w tak prostej formie można było tyle odczytać i tyle się dowiedzieć. W zasadzie wszystkie teorie koloru, które znamy – a ja też napisałam pracę magisterską o kolorze, więc sporo tych teorii przeanalizowałam – pokazują jedno, ale w takiej pracy twórczej tu i teraz okazuje się, że to właśnie praktyka i powracanie do najprostszych działań zawsze najwięcej nam mówi.
Anna Szynwelska
Też zastanawiam się jak w ogóle postrzegasz nowe media czy czy też sztuczną inteligencję i wykorzystanie mediów cyfrowych przy tworzeniu sztuki. Czy to w ogóle Cię interesuje? Czy to nie głupie pytanie trochę?
Jol Gmur
Nie no, co ty, nie ma głupich pytań. Wiesz co, też się nad tym zastanawiałam. W ogóle widziałam taką super zajawkę, kiedy sztuczna inteligencja weszła w tworzenie krótkich form wideo. Patrzyłam na te filmy i myślałam sobie: „Boże, jakie piękne rzeczy, takie surrealistyczne”. I pomyślałam, że ja bym chyba siedziała trzy lata, żeby taki film wymyślić i zmontować. Od koncepcji do realizacji. Musiałabym też dobrze poznać program do montażu, żeby użyć tych wszystkich efektów, które pojawiają się w takim filmie. A później okazało się, że taki film można sobie wygenerować w pięć minut, wpisać kilka haseł i w zasadzie sztuczna inteligencja zrobi to za ciebie. Pomyślałam sobie: no spoko, można te filmy mnożyć, pić kawkę i to się samo robi. Ale mnie zawsze brakuje tego, że ja muszę wsadzić ręce w to działanie. Koncepcja jest oczywiście ważna, bo dobra koncepcja zawsze buduje dobry projekt. Natomiast lubię, kiedy ten mój palec jednak bierze udział w takim procesie twórczym. Więc jako tako nie zajęłam się sztuką sztucznej inteligencji, ale śledzę to, oglądam, bo też ciekawi mnie, w jakim kierunku to się rozwinie. Natomiast jeśli chodzi o wideo, to jest mi ono bliskie i zawsze było mi bliskie. Dużo kręcę różnych filmików, kiedyś może więcej je montowałam, teraz trochę mniej. Ale praca z obrazem – czy jest to obraz ruchomy, czy obraz na płótnie, czy grafika – to jednak ta warstwa wizualna zawsze byłaby mi chyba najbliższa.
Anna Szynwelska
Ach, no i też jest chyba tak, że teraz, kiedy trochę czuć już przesyt różnymi działaniami w przestrzeni wirtualnej i obrazami wygenerowanymi przez sztuczną inteligencję, ludzie coraz bardziej cenią coś, co jest efektem pracy rąk, rzemiosła, czegoś tradycyjnego, wykonanego z naturalnych materiałów. Więc chyba właśnie dlatego coraz częściej zwracamy się ku temu, co jest bardziej naturalne i ekologiczne.
Jol Gmur
Też mi się wydaje, że człowiek potrzebuje też takiego zmaterializowania, dotknięcia czegoś, co faktycznie jest prawdziwe, co może też dotknąć. No nawet weźmy sobie taki obraz czy czy papier z grafiką. Gdy czuję, że to nie wyszło z drukarki, tylko spod prasy, czujesz nawet strukturę, narzędzia, które wykonało tą grafikę, czy jest to linoryt, czy jest to jakaś akwaforta, to jakby też nabierasz szacunku, że wykonanie tej pracy zajęło ci więcej niż 10 minut, tylko jakby jest to już kilka, kilkanaście godzin. Już nie mówiąc o latach nauki, samego procesu. Litografia, którą namiętnie wykonywałam, to w zasadzie był taki porządny rok siedzenia w pracowni. No i nauka od szlifowania kamienia: jak poprawnie wyszlifować kamień, jak przygotować kamień pod rysunek, jakimi narzędziami wykonać rysunek. Na kamieniu litograficznym później proces trawienia, utrwalania samego druku. To po prostu jest morze informacji i faktycznie rok czasu to takie minimum, żeby nauczyć się ogarnięcia samej techniki. Więc wiem ile to pracy kosztuje, ale za to daje dużą satysfakcję,
Anna Szynwelska
To jeszcze też jest trochę tak, że wszelkie technologie, które wydają nam się nowoczesne i nowatorskie, w pewnym momencie same stają się archaiczne, śmieszne, a czasem wręcz żenujące. No tak. Nawet kiedyś, kiedy przyglądałam się temu, co działo się w fotografii i temu zachłyśnięciu różnymi photoshopowanymi obrazami, to po jakimś czasie one też zaczynały wydawać się śmieszne.
Jol Gmur
To może jest trochę frazes i coś oczywistego, ale ja zawsze uważałam, że dobra sztuka zawsze się obroni. Niezależnie od tego, czy mówimy o fotografii, obrazie, wideo czy rzeźbie, moc, która płynie z dzieła, jest ponad wszystko – ponad interpretacją, ponad trendami. W zasadzie to właśnie trendy uważam za coś, co może być zgubne. Chociaż może nie zgubne – to może trochę moje czarnowidztwo. Natomiast unikanie trendów jest czymś, co ja akurat lubię i stosuję. Staram się podążać swoją drogą, która może niekoniecznie jest trendy. Bo kto teraz robi abstrakcję? Teraz króluje figuracja. Ale nie jest to dla mnie problematyczne, bo dobrze się czuję z tą formą sztuki, w której aktualnie działam, z tym językiem, którym się posługuję. I uważam, że jest to po prostu prawdziwe z mojej strony. Nie mam poczucia, że oszukuję albo robię jakieś szacher-macher. Po prostu robię tak, jak czuję, tak jak zawsze czułam. Mam zgodę sama ze sobą i radość z tego, co robię.
Anna Szynwelska
Dobrze, no to ja już dziękuję za rozmowę. [wspólny śmiech]
Jol Gmur
Ja również dziękuję.
[dżingiel]
Anna Szynwelska
To było spotkanie o uważności, obecności i o byciu blisko, siebie, natury i drugiego człowieka. O sztuce, która nie oddziela się od życia, ale wyrasta z codziennych doświadczeń, z ciała, z relacji, z czułości wobec świata.
Gorąco dziękuję Joli za zaproszenie do swojego domu, do swojej pracowni i do ogrodu, za podzielenie się swoją sztuką, wrażliwością, przemyśleniami i potrzebą bycia i czucia tu i teraz. Mam nadzieję, że ta rozmowa pozwoliła wam na chwilę zatrzymania, oddechu i własnej refleksji.
Jeśli chcecie być na bieżąco z kolejnymi spotkaniami w ArteCaście, zasubskrybujcie podcast na platformach streamingowych i obserwujcie projekt w mediach społecznościowych. Tam znajdziecie także materiały wizualne towarzyszące odcinkom, zdjęcia, krótkie filmy i fragmenty rozmów nagranych w pracowniach moich gości. No i oczywiście śledźcie media społecznościowe Joli, żeby być na bieżąco z tym, co akurat tworzy i nie przegapić żadnej jej wystawy.
Tymczasem do usłyszenia w kolejnym odcinku Artecastu i dbajcie o siebie.