Przejdź do głównej treści

ArteCast · Transkrypcja

HANNA SHUMSKA / Poszukuję prawdy poprzez swoją sztukę

Prowadząca: Anna Szynwelska

[dżingiel – rytmiczna muzyka] ArteCast – podcast o sztuce współczesnej.

Hanna Shumska

Tak, tak… [mechaniczny dźwięk w tle – odgłos maszyn]

Ania Szynwelska

Przepraszam, bo słyszałam jakieś piłowanie czy coś.

Hanna

Tak. Aha, to chłodziarki działają.

Ania

Dobrze, przepraszam. Wiesz, bo nagle zaczęło mi coś tak mocno wyć. Hanna: Trochę tak, ale wiesz, nie na tyle, żeby przeszkadzało. Człowiek się po prostu przyzwyczaja do tego dźwięku.

Ania

W sumie nie jest taki mocny. Taki background.

Hanna

No tak. Rzeczywiście, może dla sound artystów byłoby ciekawie poobserwować tę przestrzeń i ponagrywać te różne dźwięki.

Ania

Field recording w chłodni.

[dźwięk dżingla]

Ania

Witam w kolejnym ArteCaście, tym razem nagrywanym w podziemiach Hali Targowej, z dźwiękami chłodni w tle. Tutaj swoją pracownię ma moja kolejna gościni – Hania Shumska, artystka wizualna, która konsekwentnie buduje swój własny transmedialny język wypowiedzi. Jej praktyka łączy malarstwo, instalacje, kolaż, wideo i nowe technologie. Zajmuje się przede wszystkim kwestiami tożsamości i osobistego doświadczenia w odniesieniu do wydarzeń historycznych, procesów migracyjnych i problemów społecznych. Poprzez sztukę reaguje na rzeczywistość, politykę, fake newsy i emocje, które trudno oswoić. Porozmawiamy o odnajdywaniu własnego języka artystycznego i o tym, jak dojrzewa on w napięciu między historią a teraźniejszością. O tym, co kształtowało sztukę współczesną w Ukrainie. O tragicznych doświadczeniach XX wieku, o represjach, propagandzie i polityce, która przez dekady wpływała na sposób mówienia obrazem. Pojawi się też wątek wojny – nie jako abstrakcyjnego tematu, ale jako realnego doświadczenia, które wywołuje gniew, bezsilność, lęk i potrzebę działania. To także rozmowa o życiu, o balansie między pracą a prywatnością, o potrzebie kontaktu z ludźmi, o budowaniu wspólnoty i odnajdywaniu siebie w świecie, który nieustannie przyspiesza. Zapraszam was do wysłuchania tej wielowątkowej i momentami bardzo osobistej rozmowy z Hanią Shumską.

[dźwięk dżingla]

Ania Szynwelska

Witam cię w podcaście.

Hanna Shumska

Witam bardzo. Dziękuję za zaproszenie.

Ania

Bardzo się cieszę, że jest możliwość porozmawiania i że zaprosiłaś mnie też do mojej pracowni. Nie pamiętam, chyba ponad rok temu miałyśmy spotkać się tutaj przy projekcie Rising.

Hanna

No i teraz jesteśmy. To jest właśnie moja pracownia. Jestem tutaj razem z innymi członkami i członkiniami Stowarzyszenia Halo Kultura. To nieduża przestrzeń, ale całkiem przytulna. Bardzo ją lubię, ponieważ mogę tutaj działać multimedialnie. Nie ma okien, więc jest możliwość robienia animacji i pracy z projekcją. Czyli warunki są dla mnie odpowiednie.

Ania

A powiedz mi, bo wasze pracownie mieszczą się na poziomie minus jeden, ale piętro wyżej hala cały czas działa. Przychodzą ludzie kupować produkty spożywcze. Ubrania też jeszcze nadal są?

Hanna

Tak, ubrania są, wszystko jest. Wydaje mi się, że można kupić tutaj wszystko, co jest potrzebne do domu. Wyrobić klucz, zreperować buty. Ja bym powiedziała, że to miejsce żyje głównie dzięki lokalnym mieszkańcom. To właściwie taka instytucja kultury, którą odwiedza najwięcej osób, bo wszyscy przechodzą przez nas.

Ania

Czyli w godzinach, kiedy hala jest czynna, można po prostu przyjść i zobaczyć wystawę?

Hanna

Tak. Można trafić na wystawę nawet przypadkiem, bo wiele z nich prezentowanych jest w witrynach i oknach. Często są tam też pokazywane różne prace multimedialne. Poza tym organizowane są koncerty, warsztaty edukacyjne dla różnych grup wiekowych i społecznych: dla dzieci, dla dorosłych. Są spotkania, dyskusje, pokazy filmów. Czyli odbywa się tutaj właściwie wszystko.

Ania

Aha. Można przyjść kupić kilogram śledzi, jabłek, a później od razu pójść na koncert i wystawę.

Hanna

Tak, tak. Jak to mówią — chleba i igrzysk.

Ania

Doskonałe połączenie. [śmiech] A jaką rolę w twoim życiu pełni przestrzeń pracowni?

Hanna

To ważne miejsce skupienia. Takiego bycia sam na sam ze swoimi myślami, ze swoją pracą, praktyką i eksperymentem. Ważne jest dla mnie to, że mogę się nie bać, że coś pobrudzę. Nie mówię, że totalnie zniszczę ściany, ale mogę rozlać farbę czy zrobić coś, co nie będzie idealne. Tego nie da się zrobić w domu. Dlatego ta przestrzeń jest dla mnie ważna. Chociaż teraz bardzo dużo pracuję przy komputerze, to jednak praca przy warsztacie jest dla mnie często o wiele przyjemniejsza. Łączę różne media i właśnie dlatego potrzebuję takiego miejsca.

Ania

A czy to jest przestrzeń, w której czujesz się bezpiecznie?

Hanna

Tak, oczywiście. Jesteśmy na tyle otwarci na społeczność lokalną, że to nie jest takie całkowicie zamknięte środowisko pracowni. Ale czuję się tutaj bezpiecznie. Znam już osoby, które pracują na hali. Tworzy się taka sieć lokalnych znajomości. No i ważna jest też wymiana między członkami stowarzyszenia. Przyjechałam tutaj stosunkowo niedawno, a mimo to nie czuję się samotna, bo mam już wielu znajomych, bo tutaj działa też bardzo aktywny kolektyw artystów pracujących na różnych polach.

Ania

Zastanawiałam się właśnie, czy jako artystka lepiej czujesz się pracując sama, w skupieniu, w takim trochę odizolowaniu, czy jednak w grupie i kolektywie?

Hanna

Powiem, że głównie rzeczywiście pracuję sama. Sama wymyślam koncepcje, większość pracy wykonuję samodzielnie. Sprzyjało temu też to, że przez ostatnie lata pracowałam nad doktoratem. Praca doktorska rzeczywiście wymaga bardzo indywidualnego podejścia i skupienia. Ale nie powiem, że nie interesuje mnie praca zespołowa. Często prowadzę warsztaty – zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. W swoich projektach angażuję też publiczność. Dla mnie ważni są widzowie i współpraca z nimi. Nie mogę więc powiedzieć, że nie lubię pracy zbiorowej. Teraz właściwie jestem w takim momencie poszukiwań, bo chciałabym spróbować popracować z innymi artystami. Może po prostu jeszcze nie było odpowiedniej okazji czy projektu. Ale od czasu do czasu i tak działam z kimś. Przy wystawach zbiorowych czy wydarzeniach kulturalnych przecież nikt nie jest sam. Przy samej ekspozycji, pokazywaniu prac czy organizacji wydarzenia zdecydowanie łatwiej pracuje się w zespole.

Ania

Chciałam jeszcze porozmawiać z tobą o początkach twojej działalności artystycznej. A właściwie wrócić do samego początku i porozmawiać o tym, co cię ukształtowało jako artystkę i jak zaczęła się twoja droga artystyczna.

Hanna

Moja droga artystyczna zaczęła się w sumie dawno temu. Już w dzieciństwie lubiłam malować. Moi rodzice są artystami, dziadkowie również, wujek, kuzynka, właściwie cała rodzina jest związana ze sztuką. Ale nikt mnie nigdy nie zmuszał, żebym została artystką. Wręcz przeciwnie, wszyscy marzyli o tym, żebym nie była artystką, bo to jednak odważna droga. Kiedy przeprowadziliśmy się do Kijowa, stanęłam przed wyborem, czy kontynuować naukę w zwykłej szkole, czy pójść do specjalistycznego liceum artystycznego. Oczywiście wybrałam to drugie, bo bardzo chciałam malować. To było też moje główne zajęcie po lekcjach. Takie licea były wtedy tylko trzy w całym Związku Radzieckim. To była szkoła starego typu, bardzo akademicka, z klasycznym podejściem. Już od jedenastego roku życia dzieci malowały martwe natury – najpierw akwarelą, później olejem. To była po prostu klasyczna szkoła akademicka, która przygotowywała do zawodu. Oczywiście wielu moich kolegów i koleżanek z tej szkoły nie kontynuowało później drogi artystycznej, ale sporo osób zostało projektantami i artystami. Tak to się zaczęło. Później była Akademia Sztuk Pięknych we Lwowie, Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu, Akademia Sztuk Pięknych w Gdańsku…

Ania

Czyli już się rozpędziłaś.

Hanna

Rozpędziłam się. Nawet przez chwilę studiowałam też na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie.

Ania

A pamiętasz moment, w którym poczułaś, że sztuka jest twoim językiem?

Hanna

To bardzo ciekawe pytanie. Kiedy byłam nastolatką, nie myślałam o tym świadomie, ale czułam, że to jest mój język. Że mogę wyrazić coś, czego inni na przykład nie potrafią. Malując nawet pejzaż czy portret, mogłam przekazywać swoje emocje, emocje drugiego człowieka albo nastrój przestrzeni czy natury. Natomiast do tego, że sztuka jest moim świadomym językiem przekazu, doszłam chyba dopiero podczas studiów, kiedy zaczęłam realizować własne projekty związane przede wszystkim ze sztuką współczesną. Wtedy zrozumiałam, że o wiele bardziej odpowiada mi wyrażanie się wizualnie niż w jakikolwiek inny sposób. Że mogę podejmować trudne tematy, o których czasem bardzo trudno mówić słowami.

Ania

No tak, bo twoje prace często poruszają temat tożsamości, pamięci, doświadczenia, bycia pomiędzy. Skąd to się bierze?

Hanna

Tak. Właśnie tak nazywa się też moja wystawa - Pomiędzy niewyobrażalnym a rzeczywistym. To „pomiędzy” odnosi się do wielu aspektów mojego życia. Przede wszystkim wiąże się z doświadczeniem migracyjnym. Kiedy wyjechałam do Polski na studia, nie myślałam, że zostanę tutaj na tak długo. Nie wiedziałam też, jak potoczy się moje życie. Wydawało mi się, że taki wyjazd nie będzie dla mnie trudny. Później jednak okazało się, że czuję takie rozdarcie pomiędzy dwoma domami, dwoma krajami i dwiema kulturami. Zostawiłam tam swoich bliskich, przyjaciół i otoczenie, w którym dorastałam. Ludzi, których znałam od dzieciństwa. A tutaj zaczynałam budować życie od nowa. To doświadczenie może zrozumieć chyba tylko osoba, która sama przez coś takiego przeszła. Z czasem oba życia stają się równie ważne i nie da się już rozdzielić tej tożsamości – doświadczenia migracji i doświadczenia życia w kraju ojczystym. Tak się czuję do dziś. Ale „pomiędzy” oznacza też poszukiwanie własnego miejsca i własnej drogi twórczej. Co ciekawe, odnosi się również do mojej praktyki artystycznej, bo poruszam się pomiędzy klasycznymi mediami a nowymi technologiami. Interesuje mnie wszystko to, co nie jest do końca dopowiedziane, nie jest oczywiste. To, co znajduje się na pograniczu różnych idei i różnych wątków.

Ania

Wspominałaś kiedyś, że w Poznaniu pracę magisterską broniłaś pod kierunkiem Dominika Lejmana. To właśnie artysta, który w swoich pracach multimedialnych dosyć mocno porusza problemy związane z pamięcią. Generalnie jego prace są bardzo poetyckie, wręcz ezoteryczne. Chciałam cię zapytać, czy jego działania w jakiś sposób zainspirowały cię do obrania własnego kierunku?

Hanna

Mhm. Tak. Dominik Lejman był promotorem mojej pracy magisterskiej i rzeczywiście wpłynął na moją świadomość artystyczną. Nauczył mnie patrzeć na różne rzeczy nie przez pryzmat efektu finalnego, ale samego procesu, poszukiwań, a nawet błędów i porażek. Bardzo indywidualnie podchodzi do każdego studenta. Dla niego ważne są dyskusje, spotkania w pracowni i właśnie te rozmowy mocno na mnie wpłynęły. Ale oprócz Dominika Lejmana było też bardzo dużo osób, które mnie ukształtowały. Artyści w Ukrainie, mój promotor Alfred Maksymenko we Lwowie, młodzi artyści, których spotykałam podczas rezydencji. W ogóle całe środowisko artystyczne bardzo oddziałuje i kształtuje postawę twórczą. W Poznaniu oczywiście profesor Jarosław Kozłowski, profesor Piotr Kowalski. Z każdego doświadczenia, z każdej rozmowy, z każdego spotkania z osobą artystyczną, z artystą, po prostu coś czerpię. Tak właśnie to rozumiem. Natomiast kwestie pamięci i tożsamości interesowały mnie już dużo wcześniej, jeszcze podczas studiów we Lwowie, kiedy zaczęłam realizować swoje pierwsze projekty związane ze sztuką współczesną.

Ania

Dominik Lejman jest też jednym z artystów, którzy mocno poszli w stronę multimedialności i transmedialności. Ty również często podkreślasz transmedialny charakter swojej sztuki. Czy mogłabyś powiedzieć, na czym to polega? A może po prostu wytłumaczyć osobom, które nie wiedzą, czym właściwie jest transmedialność?

Hanna

Transmedialność jest zjawiskiem obecnym w kulturze współczesnej, również w kulturze wizualnej i nowych mediach. To pojęcie opowiadania tej samej historii różnymi środkami medialnymi. Czyli poprzez media społecznościowe, telewizję, film, animację, instalację. Jest to przechodzenie pomiędzy mediami. Doświadczenie jednego medium przenosi się na inne. Na przykład doświadczenie malarstwa, myślenia o obrazie malarskim, przenosi się na obraz wideo albo odwrotnie. Myślenie o animacji przechodzi do obrazu malarskiego. Rysunek czy technika rysunkowa wchodzą w instalację. W sztuce współczesnej następuje takie przenikanie mediów, ale równocześnie opowiadanie o tym samym różnymi środkami. Ja odkryłam to pojęcie dzięki mojej promotorce pracy pisemnej, profesor Marcie Smolińskiej. Wtedy zrozumiałam, że właśnie transmedialność interesowała mnie już od dłuższego czasu, tylko wcześniej nie potrafiłam tego nazwać. Ciekawe jest też to, że kiedy studiowałam w Ukrainie, a było to już ponad dziesięć lat temu, Akademia Sztuk Pięknych nadal funkcjonowała raczej w takim postsowieckim, akademickim modelu. Sztuka współczesna istniała trochę obok. Nie była jeszcze wdrożona do systemu edukacji. Można było z nią obcować przede wszystkim w centrach sztuki współczesnej, oddolnych inicjatywach czy galeriach. Bardzo dużo zmieniło powstanie PinchukArtCentre w Kijowie w 2006 roku. Ja akurat wtedy przeprowadziłam się już do Kijowa. Zaczęły być pokazywane wystawy największych gwiazd sztuki współczesnej – Ai Weiweia, Damiena Hirsta, Olafura Eliassona czy Mariny Abramović. W tym czasie odbywało się też Biennale w Mystećkim Arsenale. Sam Mystećkyj Arsenał odżył właśnie po pomarańczowej rewolucji, po 2004 roku. Wtedy nastąpił taki wzrost kultury ukraińskiej i bardzo duże zainteresowanie Ukrainą ze strony międzynarodowej sceny kulturalnej i artystycznej. Rzeczywiście zaczęło się bardzo dużo dziać. Nie będziemy ukrywać – Ukraina, będąc w składzie Związku Radzieckiego, była zupełnie zamkniętą przestrzenią. Docierały tylko jakieś nielegalne magazyny. Żaden artysta w zasadzie nie mógł wyjechać za granicę na rezydencję artystyczną. Z tego, co porównuję, to wielu artystów mieszkających w Polsce miało taką możliwość nawet w czasach komuny. A w Ukrainie stało się to możliwe dopiero we wczesnych latach 90. i jeszcze sytuacja ekonomiczna była na tyle trudna, że bardzo ograniczona liczba osób mogła z tego skorzystać. Natomiast w latach dwutysięcznych ten rozwój, te międzynarodowe wystawy zrobiły na mnie chyba największe wrażenie, bo rzeczywiście miałam okazję obcować z najbardziej znaną sztuką współczesną. To już faktycznie były gwiazdy światowej sztuki.

Ania

Właśnie też miałam takie wrażenie jeszcze przed wszystkimi sytuacjami wojennymi, które zaburzyły cały porządek i niestety świat sztuki w Ukrainie też na tym cierpi. Ale kilka lat temu miałam poczucie, że scena artystyczna w Ukrainie – działania, galerie prywatne, różne inicjatywy – rozwijała się nawet mocniej niż w Polsce. Tutaj miałam wrażenie, że sztuka współczesna jest trochę spychana na bok albo po prostu niedofinansowana. Natomiast w Ukrainie działały bardzo prężnie prywatne galerie, odbywały się ważne wystawy, pojawiały się projekty na Biennale w Wenecji. Działalność Open Group w pewnym momencie rezonowała na całym świecie. To naprawdę robiło duże wrażenie. Nie było w tym żadnej zaściankowości – kiedy już mogliście zacząć działać, to było to z przytupem, na najwyższych obrotach i bezkompromisowo. Były na to pieniądze, byli kolekcjonerzy, był ruch, który potrafił to wszystko wzmocnić.

Hanna

Tak. I to był głównie ruch prywatny. Jeżeli wrócić do strony Ministerstwa Kultury, to nie ma nawet porównania z tym, co obserwuję w Polsce. Tutaj jest o wiele większe wsparcie dla młodych twórców – są stypendia, nagrody. W Ukrainie tego nie było.

Ania

Czyli to, o czym mówisz, to było przede wszystkim wsparcie oligarchów..?

Hanna

Tak – Pinchuka, Achmetowa... czyli najbogatszych ludzi Ukrainy. Oni rzeczywiście realizowali takie projekty, ale nie były one otwarte dla wszystkich. Nie było na przykład systemowego wsparcia dla absolwentów Akademii Sztuk Pięknych. Kiedy przyjechałam do Polski, bardzo fascynowało mnie to, że w każdym mieście jest BWA albo centrum sztuki współczesnej, praktycznie w każdym województwie. U nas niestety nie funkcjonowało to na taką skalę.

Ania

Tak, ale to jest też trochę scheda po czasach komunistycznych. Wtedy również dość mocno próbowano wspierać artystów – dbano o to, żeby mieli pracownie. Były związki twórcze, jak Związek Polskich Artystów Fotografików czy Związek Polskich Artystów Plastyków, które umożliwiały nawet dostęp do materiałów plastycznych, często trudno dostępnych w sklepach. Powstały też BWA – właściwie w każdym większym mieście. To funkcjonowało już wtedy i później po prostu zostało. Niektóre ośrodki radzą sobie dziś lepiej, inne gorzej, ale generalnie ta sieć nadal istnieje. Nawet w czasach PRL-u podkreślano, że sztuka współczesna jest ważna.

Hanna

Tak. I to zrobiło na mnie ogromne wrażenie. W Związku Radzieckim nie można było zajmować się sztuką konceptualną. Oczywiście istniała grupa konceptualistów w Moskwie i pojedyncze osoby w innych miastach, ale wszystko odbywało się do szuflady, nielegalnie. Szczególnie we Lwowie bardzo pilnowano, żeby nikt nie zajmował się sztuką konceptualną. Była niewielka grupa w Odessie, Charkowie czy Kijowie, ale to były naprawdę pojedyncze osoby. System polityczny wszystko kontrolował. Służby pilnowały, żeby nikt nie zajmował się swobodnym myśleniem. Wszyscy mieli tworzyć socrealizm i portrety członków partii. Ale z tego, co czytałam, na przykład na Węgrzech również było znacznie trudniej zajmować się sztuką współczesną i konceptualną niż w Polsce. Opowiada o tym choćby Endre Tót – za jeden ze swoich performansów, polegający chyba na drukowaniu na pustej maszynie do pisania, został zatrzymany przez policję. Ja z kolei badałam twórczość Jarosława Kozłowskiego i rzeczywiście w PRL-u powstawały bardzo ciekawe, współczesne prace. No i właśnie bardzo ważne jest to, o czym mówisz – że wtedy powstały BWA. Najważniejsze jest to, że one nie przestały działać. Przeszły transformację i nadal funkcjonują. To jest bardzo ważne w Polsce. U nas w Ukrainie okres transformacji był na tyle bolesny, że wiele instytucji po prostu nie przetrwało. W czasach Związku Radzieckiego funkcjonowały fabryki, pracownie artystyczne, spółki artystów. Dostawali farby, mieli miejsca do pokazywania swoich prac, takie municypalne centra. Ale wiele z nich po prostu upadło w latach 90. Nie przeszły tej transformacji. Później, właśnie w latach dwutysięcznych, zaczęło się odrodzenie. Ale niestety, jak zawsze, przyszła wojna. Inwazja Federacji Rosyjskiej wszystko przerwała.

Ania

Tak, ale nawet wcześniej – lata transformacji, wejście w kapitalizm – również miały swoje konsekwencje. W Polsce też część państwowych działań wspierających sztukę czy różnych inicjatyw została przekształcona, sprywatyzowana, więc wiadomo, że nie wszystko przetrwało... Wracając jeszcze do twojej edukacji artystycznej – ukończyłaś kierunek malarstwa monumentalnego. Po pierwsze, dlaczego wybrałaś właśnie ten kierunek? I czy realizowałaś jakieś prace ścienne, o których chciałabyś opowiedzieć?

Hanna

Wybrałam kierunek malarstwa monumentalnego we Lwowie, ponieważ miał ciekawszy program edukacji i większe możliwości eksperymentowania z technikami. Dostałam się właśnie na ten wydział. To jest malarstwo monumentalne, czyli malarstwo ścienne. Zajmowaliśmy się freskiem, mozaiką, witrażem i ogólnie wielkoformatowym malarstwem sztalugowym. Podczas studiów wykonywałam prace związane głównie z zadaniami, bo mieliśmy system bardzo mocno oparty na ćwiczeniach. Studenci nie mieli zbyt dużo przestrzeni na własne projekty – po prostu trzeba było realizować kolejne zadania. Później zrozumiałam jednak, że malarstwo ścienne nie interesuje mnie tak bardzo jak sztuka współczesna, praca z koncepcją, ideą i badaniem. Coraz bardziej zaczęły mnie interesować nowe media. Na początku pomyślałam, że muszę odrzucić to, czego się uczyłam, bo nie widziałam w tym swojej przyszłości. Malarstwo monumentalne wymaga jednak dużej wytrwałości fizycznej i jest bardziej otwarte dla osób, które chcą pracować w takich warunkach. Ja osobiście bardziej komfortowo czuję się z tym, nad czym mogę pracować sama. Lubię wielki format, lubię pracować z przestrzenią, ale nie na tyle, żeby malować dziesięciopiętrowe budynki. Myślałam więc, że całkowicie odrzucę to, czego się nauczyłam, i będę robić swoje rzeczy. Ale pewnego dnia pomyślałam: dlaczego właściwie nie potraktować malarstwa ściennego jako medium? Przecież ono cały czas istnieje w sztuce współczesnej. Są freski, murale, mozaiki, witraże – one nadal funkcjonują we współczesnych projektach. Kiedy studiowałam w Poznaniu u Dominika Lejmana, bardzo zainspirowała mnie jego koncepcja wideoprojekcji jako fresku. Mówił, że nie musimy odrzucać starych mediów tylko dlatego, że są stare. Możemy je łączyć. Nie trzeba o czymś zapominać, można z tego korzystać. Dlatego malarstwo ścienne traktuję po prostu jako medium. Swój dyplom magisterski zrealizowałam jako połączenie muralu i wideoprojekcji. Ta praca była później pokazywana w różnych miejscach – w Bydgoszczy, na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu oraz na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku podczas wystawy Najlepsze Dyplomy. Ten sam projekt wykonywałam w różnych wersjach, dostosowanych do konkretnej przestrzeni i jej skali. Teraz, na mojej wystawie indywidualnej w CSW Łaźnia, również wykonałam mural do projektu „Zmiana pozycji”, który łączy malarstwo ścienne z wideoprojekcją. Tak właśnie traktuję swoje doświadczenie z malarstwem monumentalnym – jako narzędzie, jako medium.

Ania

Wspomniałaś o wykorzystywaniu klasycznych technik – mozaiki, fresku – i o powracaniu do takich tradycyjnych form. Zastanawiałam się, czy w twoich pracach znajduje się też miejsce na wpływ nowobizantyjskiej szkoły malarskiej, czyli twórczości Mychajła Bojczuka i artystów z nim związanych, którzy bardzo mocno zaznaczyli swoją obecność w sztuce ukraińskiej na początku ubiegłego wieku.

Hanna

Powiem, że szkoła Mychajła Bojczuka i w ogóle bizantyjskiego malarstwa ściennego nie wpłynęła na mnie w sposób bezpośredni. Ale oczywiście dorastałam w tym kontekście kulturowym. Fascynowała mnie Sofia Kijowska z mozaikami i freskami w cerkwiach prawosławnych. Interesowały mnie prace Bojczuka i jego uczniów, ale także innych artystów, jak Fedir Kryczewski czy Tetiana Jabłońska. Później, kiedy dostałam się do Lwowa, moim profesorem był Mykoła Andruszczenko, który bardzo dużo pracował z mozaiką i ozdabiał przystanki autobusowe. Dziekanem kierunku malarstwa monumentalnego był wtedy Lubomyr Medwid – bardzo ważna postać lwowskiej szkoły monumentalnej. Wcześniej ogromny wpływ wywarł także Jewhen Łysyk. Nie powiem więc, że ci artyści bezpośrednio ukształtowali mój język wizualny, ale na pewno wpłynęli na mnie. Sam ten kontekst kulturowy miał ogromne znaczenie.

Ania

Tak, bo jeśli to jest sztuka, z którą spotykasz się na co dzień, którą chłoniesz świadomie albo nieświadomie, to te elementy gdzieś osadzają się w twojej świadomości. Później podświadomie do nich wracasz i pewne rozwiązania estetyczne zaczynają się pojawiać.

Hanna

Tak. Myślę, że podświadomie oddziałuje to nawet kolorystycznie.

Ania

Tak, właśnie przed naszą rozmową oglądałam jeszcze prace Mychajła Bojczuka i poczułam pewną zbieżność. Tak jak wspomniałaś – choćby kolorystycznie. Wydaje mi się, że gdzieś to się przenika i widzę te wpływy również w twoich współczesnych pracach. Może nie bardzo dosłownie, ale forma, kolor – wszystko gdzieś ze sobą rezonuje. Chciałam też porozmawiać o podejściu politycznym i o tym, co nazwałabym pewnym zamordyzmem. Mam wrażenie, że o ile w Polsce artyści nawet w czasach komunizmu mieli jednak pewien margines wolności, to w Ukrainie doświadczenie związane z wolnością artystyczną i wolnością wypowiedzi było znacznie trudniejsze. Wspomniałyśmy już Mychajła Bojczuka. To przecież jedna z tragicznych postaci tzw. rozstrzelanego odrodzenia. Czy mogłabyś powiedzieć w kilku słowach, czym właściwie było to zjawisko i jak wpłynęło na dalszy rozwój sztuki?

Hanna

Tak. To miało bardzo negatywny wpływ. Były zakazy, represje, niszczenie ludzi i wymazywanie pamięci o nich. Przez długi czas zarówno ich twórczość, jak i ich życie pozostawały zapomniane. „Rozstrzelane odrodzenie” to określenie odnoszące się do okresu międzywojennego, głównie lat 20. i 30. XX wieku.

Ania

Zeszłego wieku.

Hanna

Tak, zeszłego wieku. Boże, to już cały wiek... To aż przerażające, że mamy już 2026 rok. Na początku był to okres ukrainizacji prowadzonej przez partię komunistyczną. Nastąpiło wtedy odrodzenie kultury ukraińskiej. Działali bojczukiści, artyści awangardowi, pisarze awangardowi. Powstawało bardzo dużo futurystycznej poezji. Charków był wówczas centrum rozwoju tej modernistycznej kultury. Reformowała się także Akademia. Przecież Kazimierz Malewicz pracował na Akademii Sztuk Pięknych w Kijowie. No i później, po tej krótkiej ukrainizacji, czyli powrocie do kultury ukraińskiej – która przecież w XVIII i XIX wieku była gnębiona, przez 40 lat obowiązywał zakaz wydawania książek w języku ukraińskim – nagle po rewolucji wszystko poszło do góry. No i co się stało? Partia komunistyczna uznała, że przekazano za dużo wolności. Stwierdzono, że wracamy do tradycji, do Lenina, do wielkiej kultury Rosji, do polityki imperium. Wtedy wszystkie kultury, które były podporządkowane, miały pozostać niżej. To było takie podejście kolonialne: możecie robić swoje, ale będzie to sztuka ludowa, coś bezpiecznego, broń Boże nie intelektualnego. Wszystkie osoby działające na polu intelektualnym i kulturalnym zostały po prostu represjonowane. Cała szkoła Bojczuka, właściwie wszyscy twórcy tej szkoły, zostali rozstrzelani. Tak samo artyści i pisarze, tacy jak Mykoła Chwylowy, Mykoła Zerow, Wałerjan Pidmohylny, a także Łeś Kurbas, który prowadził bardzo progresywny teatr w Charkowie. I wielu, wielu innych. Część osób po prostu wyemigrowała. Tak było zarówno w Ukrainie, jak i na Białorusi. Marc Chagall później wyemigrował z Białorusi. Kazimierz Malewicz również wyjechał, Kandinsky też wyjechał. Bardzo wielu progresywnych artystów, którzy później wywarli wpływ na sztukę Europy Zachodniej, opuściło te tereny. Bojczukiści również jeździli wcześniej z wystawami do Paryża, więc była szansa na współpracę. Ukraina, leżąca w sercu Europy, jest przecież nieodłączną częścią kultury europejskiej. Niestety do tego nie doszło przez zamknięcie granic i politykę rządu. Potem przyszła jeszcze II wojna światowa.

Ania

Polityka i to, co dzieje się na świecie, niestety nie sprzyjają rozwojowi sztuki. A Ukraina wydaje mi się szczególnie mocno doświadczona przez to wszystko. To jest po prostu bardzo przykre, szczególnie dla artystów.

Hanna

Tak. Rzeczywiście można sobie tylko wyobrazić, co by było, gdyby te wszystkie osoby, których życie skończyło się zdecydowanie za wcześnie, mogły dalej tworzyć. Jak wyglądałaby dziś sztuka, gdyby ten rozwój nie został przerwany. To jest strata nie tylko dla samych artystów, ale dla całego społeczeństwa i właściwie dla całej sytuacji geopolitycznej. Ja uważam, że sztuka i kultura mają w sobie takie narzędzia, które w dłuższej perspektywie przeciwdziałają agresji i wojnie. Są czymś całkowicie przeciwnym wobec zniszczenia. No niestety historia się powtarza. Teraz znowu mówi się o tym, że tylu artystów ginie podczas rosyjsko-ukraińskiej wojny. Wystarczy wspomnieć Wiktorię Amelinę, Maksyma Krywcowa czy mojego kolegę ze studiów Tarasa Łarywa. Dzisiaj usłyszałam też wiadomość o Dmytrze Burianie, z którym chodziłam do szkoły. Nie wiadomo, gdzie teraz jest. Oby wrócił cały i zdrowy. To jest po prostu straszne, co się teraz dzieje. Oczywiście staramy się o tym nie zapominać. Nie odwracać wzroku. Osoby, które mogą o tym mówić, mówią. Ja również realizuję projekt dotyczący wojny. Ale czy on coś pomoże? Niestety każdego dnia są kolejne straszne straty.

Ania

No tak. Artyści mają w sobie ogromną wrażliwość i potrzebę nie tylko tworzenia sztuki, ale też działania dla dobra świata. Wydaje mi się, że właśnie dlatego tak wielu z nich angażuje się również na froncie. Mam znajomych muzyków z Ukrainy, którzy wcześniej grali w zespołach rockowych. Kiedy wybuchła wojna, porzucili wszystko i poszli walczyć. To jest bardzo dojmujące, ale też w pewnym sensie wynika z tej wrażliwości, empatii i potrzeby robienia czegoś dla dobra społeczeństwa, dla ludzi, dla swojego kraju. To jest też walka o wolność – twórczą, osobistą i o wolność innych.

Hanna

Tak. To są niesamowici ludzie, którzy oddają swoje życie dla dobra innych. Serce się ściska na myśl, że takie osoby mogłyby jeszcze tyle zrobić, ale ich życie zostało zniszczone. Ja mam tylko jedno marzenie – żeby w końcu przyszła jakaś sprawiedliwość. Mam taką nadzieję.

Ania

Powiedz mi jeszcze, wracając trochę do twojej twórczości i właśnie do tej wrażliwości oraz empatii – jak radzisz sobie z tą kruchością emocjonalną i egzystencjalną? Czy sztuka pomaga ci ją jakoś oswajać?

Hanna

Tak, sztuka pomaga. I wydaje mi się, że nie tylko mnie, ale też widzom, uczestnikom warsztatów czy projektów. Pozwala odnaleźć dla tych emocji inne miejsce, przenieść je poza własne ciało. Bo ciało jest medium – przeżywamy, odczuwamy, nasze serca się rozbijają. A później te emocje zostają przeniesione, jakby zaprojektowane w projekcie artystycznym. Dzięki temu mają szansę oddziaływać na innych ludzi. Medium staje się sztuka, dzieło, a nie wyłącznie osoba artystyczna, migrancka czy uchodźcza. I wydaje mi się, że to jest bardzo ważna rola sztuki. Jedynym problemem jest to, że choć wystawy sztuki współczesnej odwiedza bardzo dużo osób, także młodych i dzieci, to brakuje na nich ludzi, którzy rzeczywiście mają ogromny wpływ na świat.

Ania

Mhm.

Hanna

Bardzo mało takich osób widzę na wystawach. Czasem pojawi się ktoś ze świata biznesu albo polityki, ale zazwyczaj albo nie mają czasu, albo uważają, że to nie jest aż tak ważne. Oczywiście sztuka nie rozwiąże wszystkiego od razu. Wystawa sztuki współczesnej nie nakarmi osób głodujących, nie wyleczy ich i nie zatrzyma czołgów. To byłoby takie naiwne, utopijne marzenie – że wyjdziemy z obrazami, a czołgi się zatrzymają i nie pojadą dalej. Ale sztuka jest ważną przestrzenią. Przede wszystkim terapeutyczną. Pozwala przepracowywać i scalać traumy poprzez działania artystyczne, poprzez projekty. I to jest naprawdę bardzo ważne.

Ania

Właśnie od wielu lat mieszkasz w Polsce, tutaj pracujesz i w tym czasie zmieniała się też sytuacja geopolityczna. Jak się czujesz jako osoba z doświadczeniem migracyjnym właśnie teraz, w Polsce? Za granicą trwa wojna, to miejsce jest ci bardzo bliskie, widzisz, co się tam dzieje. A jednocześnie będąc tutaj, obserwujesz taką sinusoidę zachowań Polaków – z jednej strony ogromny odruch pomocy, później jakieś zawahanie, kalkulowanie, czy nam się to opłaca, czy nie, a z trzeciej strony pojawia się ocenianie osób z Ukrainy. Jak to postrzegasz? Jak sobie z tym radzisz?

Hanna

No tak. Nastroje społeczne zawsze są sinusoidą. Jak poobserwować społeczeństwo ukraińskie przez te cztery lata, czy w ogóle wcześniej, to też mieliśmy bardzo różne nastroje. Mieliśmy dwie rewolucje. Czasem opowiadam młodszym osobom, że przeżyłam już dwie rewolucje i wojny, a oni pytają: „Jakie rewolucje?”. U nas rzeczywiście historia jest niesamowita. A jak się czuję w Polsce? Ogólnie czuję się tutaj bardzo dobrze, ponieważ spotykam cudownych ludzi, którzy mnie wspierają i włączają do różnych projektów. Aniu, ty też włączyłaś mnie do projektu Rising. Learning from the Past Today for Tomorrow. Moi promotorzy pracy doktorskiej – Przemysław Łopaciński, Łukasz Guzek, Marta Smolińska. Ewa Kuryluk, którą poznałam i od której dostałam stypendium artystyczne. Jako artystka czuję się tutaj naprawdę dobrze, właściwie jak w domu. Trzymam się po prostu osób, z którymi dobrze się czuję, które mnie wspierają i które ja też mogę wspierać. Moich koleżanek, kolegów, teraz studentów, bo pracuję ze studentami. Jest bardzo miła atmosfera. A te nastroje społeczne… Dotykam ich w swoich projektach, bo rzeczywiście istnieją. Ale mam wrażenie, że najwięcej ich jest w mediach. W zwykłym życiu rzadko spotykam osoby bardzo nieżyczliwe. Oczywiście w każdym kraju są ludzie, którzy mogą powiedzieć coś niemiłego. W innych krajach jest ich nawet więcej. Natomiast ogólnie wydaje mi się, że Polacy są bardzo życzliwi. Najwięcej dzieje się właśnie w mediach, w propagandzie, we wzbudzaniu agresji pomiędzy Ukraińcami a Polakami. U nas też pojawiają się jakieś dziwne treści. Przez social media boty powielają nieprawdziwe historie, które później wędrują z jednego miasta do drugiego i wszyscy opowiadają coś, czego tak naprawdę nie było. Na przykład był taki mit, że wszystkie Ukrainki zabierają mężów Polkom.

Ania

Tak, że nawet jak wejdziesz na Tindera, to nie ma już w czym przebierać, bo wszystkie Ukrainki zabrały tych fajnych facetów. [śmiech]

Hanna

Tak, tak. A moje koleżanki? Prawie wszystkie są singielkami albo są z Ukraińcami. Czyli różnie bywa.

Ania

No właśnie. Ale to faktycznie są takie trochę clickbaitowe działania w mediach społecznościowych i nie tylko. Można się tam spotkać z przekazem niczym niepopartym. Mam wrażenie, że ludzie czasami rekompensują sobie własne problemy czy deficyty i po prostu szukają winnych najbliżej. A tutaj ktoś zauważył, że na portalu randkowym jest sporo osób z Ukrainy i od razu: „No tak, wiadomo po co tu przyjechały. Po naszych facetów”.

Hanna

A jeszcze takie wymalowane, z paznokciami. [śmiech]

Ania

No właśnie.

Hanna

Bo u nas wiele kobiet robi paznokcie. Taka jest kultura.

Ania

Tak. Rzeczywiście też słyszałam takie opinie: „My im tutaj pomagamy, a one później wydają pieniądze na paznokcie”. [śmiech]

Hanna

Wiesz, ja uważam, że w każdym kraju znajdziesz osoby, z którymi nie znajdziesz nic wspólnego, ale znajdziesz też takie, o których pomyślisz: „Boże, to jest osoba jak moja siostra czy brat”. Największym problemem jest chyba bariera językowa. To właśnie język najmocniej rozdziela ludzi. Kiedy ktoś przyjeżdża i nie może się dobrze porozumieć… Ja na przykład po ukraińsku mówię szybciej, mogę więcej żartować, opowiadać jakieś dziwne historie. Po polsku cały czas rozwijam swoje umiejętności, ale mimo wszystko nie jestem tak swobodna jak po ukraińsku. Mam nawet czasem wrażenie, że jest się wtedy trochę inną osobowością.

Ania

Tak. Nawet jeżeli płynnie mówi się w obcym języku, ale nie zna się do końca języka potocznego, gry słów czy różnych dwuznaczności, to jednak trochę wyklucza to z tej bardziej swobodnej komunikacji, z takich luźnych rozmów.

Hanna

Tego właśnie w szkołach nie uczą. Tego trzeba nauczyć się na ulicy albo przebywając z przyjaciółmi. Uczyć się tego od środowiska. To są też tytuły filmów, książek, nazwiska pisarzy. Na przykład u nas jest Winnie the Pooh, a u was Kubuś Puchatek. Ktoś mówi „Kubuś Puchatek”, a ja myślę: „Jaki Kubuś Puchatek?”. To są niby proste rzeczy. Każde dziecko wie, kim jest Kubuś Puchatek.

Ania

Tak.

Hanna

A ty nie wiesz, kim jest Kubuś Puchatek.

Ania

No tak. „W Ukrainie nawet Kubusia Puchatka nie mieli”… [śmiech]

Hanna

Właśnie.

Ania

Skoro już jesteśmy przy tych medialnych gierkach i próbach manipulowania opinią publiczną za pomocą fake newsów, to chciałabym wrócić do twojej praktyki twórczej. W swoich pracach mocno odnosisz się właśnie do wojny medialnej i do tego, w jaki sposób wpływa ona na nasze życie.

Hanna

Tak, przede wszystkim odnoszę się do tego dlatego, że na szczęście nie mam bezpośrednich doświadczeń związanych z działaniami wojennymi. Odnoszę się więc do materiałów dokumentalnych, które pojawiły się w mediach, w telewizji, w mediach społecznościowych i komunikatorach, takich jak Telegram. W swojej pracy doktorskiej piszę o tym, jak materiały medialne mogą powodować traumę medialną. Obserwatorzy również mogą doświadczać PTSD. Swój projekt traktuję też jako świadectwo historyczne, ponieważ zawiera autentyczne materiały z mojego miasta i z innych miast Ukrainy. Najczęściej wykorzystuję materiały z Irpienia, Kijowa, ale także z Mariupola, Charkowa, Zaporoża czy Chersonia. To są bardzo różne materiały. Dla mnie ważne jest, żeby je pokazać, ale jednocześnie nie retraumatyzować widzów. Chciałam, żeby projekt był otwarty przede wszystkim dla osób, które mają bezpośrednie doświadczenia związane z wojną i traumą. Żeby mogły przyjść na wystawę i poczuć, że to, co je boli, zostało wypowiedziane i pokazane publicznie. A osoby, które nie znają tych doświadczeń, mogły choć fragmentarycznie się z nimi zapoznać. Z drugiej strony, kiedy przychodzą młodzi ludzie czy dzieci, to mimo że pojawiają się tam trudne treści, są one jedynie fragmentami, takimi krótkimi migawekami, niewielką częścią całego projektu. Dlatego, chociaż projekt mówi o traumie zbiorowej, wojnie i przekazie medialnym, buduje też przestrzeń wspólnotowości i nadziei. Zadaje pytania o to, jak widzimy przyszłość, tę powojenną przyszłość. To właśnie interesuje mnie najbardziej. Zdecydowałam się pracować z materiałami medialnymi, ponieważ nie czułam, że chcę przerysowywać wojnę, malować krew czy drastyczne sceny w dosłowny sposób. Ale jednocześnie nie mogłam uciec od tych materiałów, od tych nagrań wideo, które cały czas oglądałam, śledząc dzień po dniu to, co wydarzyło się i co dzieje się u mnie w domu. Czułam potrzebę, żeby je przepracować.

Ania

Takim sposobem na przepracowanie tego doświadczenia była na pewno praca „Niestabilna konstrukcja”. Miałam przyjemność towarzyszyć ci podczas jej powstawania i dużo rozmawiałyśmy wtedy o tym, co przeżywałaś i co skłoniło cię do stworzenia tej instalacji. Czy chciałabyś jeszcze raz o tym opowiedzieć?

Hanna

Tak, oczywiście. Praca „Niestabilna konstrukcja” odnosi się do kruchości więzi społecznych i znaczenia słów w budowaniu relacji międzykulturowych, znaczenia dialogu, a przede wszystkim do sloganu „Nigdy więcej wojny” i pamięci historycznej Gdańska. Tak naprawdę ta praca odnosi się też do pomnika na Westerplatte. Jest jednocześnie jego zwiększoną skalą, ale wizualnie nawiązuje do pomnika Franciszka Duszeńki. Napis „Nigdy więcej wojny”, który znajduje się na Westerplatte, został umieszczony na kilku elementach instalacji. W ten sposób chciałam przede wszystkim zadać pytanie osobom odwiedzającym wystawę: jakie znaczenie mają dziś te słowa? Czy nadal mają jakąś wartość? Polityka pamięci Europy Zachodniej była przecież budowana na przekonaniu, że II wojna światowa się skończyła i żyjemy w świecie pokoju, w którym „nigdy więcej wojny”. Tymczasem wojny trwały cały czas. Ostatnio przeczytałam nawet, że nie było ani jednego dnia, w którym na świecie panowałby pokój we wszystkich krajach. Zawsze gdzieś trwa konflikt zbrojny, wojna albo dzieją się jakieś dramatyczne wydarzenia. Ta praca zadaje więc pytania wszystkim. Nawiązuje również do kontekstu Gdańska, miasta o trudnej historii. Sam projekt „Rising. Learning from the Past Today for Tomorrow” również zadawał pytania o jutro – o to, jak patrzymy na przyszłość. Jest też ten pozytywny aspekt, że Gdańsk, podobnie jak Sopot i Gdynia, zostały odbudowane. Historia jest pielęgnowana. Przyjechało tu wiele osób z zewnątrz i powstała nowa społeczność, która dziś jest bardzo międzykulturowa i otwarta także na osoby takie jak ja. Uważam więc, że w tym projekcie ważnych jest wiele różnych aspektów. Oprócz tego w samej instalacji umieszczony został dźwięk – głosy osób z Ukrainy, które dzielą się swoimi doświadczeniami, także traumatycznymi, swoimi przeżyciami i refleksjami dotyczącymi współczesnej sytuacji. Ta instalacja stała się takim miejscem spowiedzi, wypowiedzi i publicznego ujawnienia tego, co zwykle pozostaje ukryte albo zostaje wypowiedziane wyłącznie w gabinecie psychologa.

Ania

Tak. Często osobom, które mają doświadczenie wojny, terapia oczywiście bardzo pomaga, ale czasami nie chodzi tylko o terapię. Czasem człowiek po prostu chce zostać usłyszany i zrozumiany przez swoje otoczenie, nie tylko przez specjalistę czy terapeutę.

Hanna

Tak. Żeby nie było tak, że wojna jest jakąś chorobą, na którą po prostu zachorował człowiek. Czasem słyszymy: „Dlaczego cały czas myślisz o wojnie? Musisz myśleć pozytywnie”. Ale to nie jest coś, co człowiek sobie wymyślił. To nie jest tak, że przejdzie terapię i wszystko minie. Cały czas myślę: co będzie dalej? Co z moją rodziną? Co z moim domem? Moi koledzy są w wojsku. Jest ogromna niestabilność i wszyscy siedzą jak na beczce prochu.

Ania

Tak. Niby ktoś przyjechał tutaj, ale czy na zawsze? Co będzie dalej? Jak w ogóle planować życie?

Hanna

Właśnie. Bardzo trudno jest cokolwiek zaplanować.

Ania

Pamiętam też, że wspominałaś, iż spotykasz się z takim stereotypem, że osoba z Ukrainy jest waleczna, bojowa i ze wszystkim sobie poradzi. Przez to ludzie czasem nie dostrzegają, że wy również możecie być kruche, możecie mieć słabsze momenty i nie radzić sobie psychicznie czy emocjonalnie z tym, co się dzieje. Może i jesteście waleczni – tego nie da się ukryć – ale nie jesteście przecież cyborgami. Czasem też potrzebujecie wsparcia, przytulenia i zwykłej obecności drugiego człowieka. To nie jest tak, że załatwicie wszystkie problemy za całą Europę, a emocjonalnie nic was nie rusza. Mam wrażenie, że czasami brakuje społecznego przyzwolenia na to, żeby osoby z Ukrainy mogły po prostu okazać swoją słabość i kruchość.

Hanna

Tak, dokładnie. To samo dotyczy też mężczyzn, którzy są w wojsku. Buduje się taka medialna narracja, że ukraińscy mężczyźni są dzielni, stawiają opór i po prostu wszystko potrafią. To jest jakiś absurd. Niektórzy służą już bez odpoczynku od czterech lat, a inni jeszcze od 2014 roku, kiedy zaczęła się wojna na wschodzie Ukrainy. Cały czas są na froncie, nie mają normalnego wsparcia, nie mogą na dłużej pojechać do rodzin, nie mogą zrobić sobie nawet rocznej przerwy. Nie ma tej rotacji. Cały czas mówią o tym również obrońcy praw człowieka w Ukrainie, ale medialne narracje zazwyczaj są bardzo niesprzyjające jednostkom. Przecież żaden człowiek nie jest cyborgiem ani robotem. To, że jeden naród jest silniejszy, a drugi słabszy – w ogóle tego nie rozumiem. Jest mi po prostu przykro z powodu tego, co się dzieje i tych narracji. One są szkodliwe. Uważam, że przede wszystkim ważna jest jednak jednostka.

Ania

A może chciałabyś opowiedzieć o pracy „Guernica 1938 – Ukraina 2022”?

Hanna

Tak, bardzo chętnie. To praca będąca remiksem, repliką słynnego obrazu Pabla Picassa „Guernica”. Ten obraz bardzo często pojawia się w twórczości artystów z całego świata. Wiele osób na różne sposoby do niego nawiązuje, replikuje go. To właściwie ikona antywojenna. Ja również postanowiłam stworzyć swoją replikę, swoją odpowiedź dla Pabla Picassa. Powstał wielkoformatowy kolaż w dwóch mediach. Jedna praca jest kolażem cyfrowym, druga to kolaż w formie wideoprojekcji, przeznaczonej do pokazywania w przestrzeni publicznej na dużą skalę. W kompozycję i kształty „Guerniki” wkomponowałam obrazy dokumentalne oraz różne zdjęcia pobrane ze stocków i stworzyłam taki wizerunek ukraińskiej „Guerniki”. Zadałam sobie również pytania o obraz generowany przez sztuczną inteligencję, o pojęcie prawdy i o to, co jest prawdziwe, a co fejkowe. Teraz, kiedy pojawia się tak wiele obrazów generowanych przez AI, wiele osób nie wierzy już nawet, że to, co pokazuje telewizja, jest prawdą. Słyszałam nawet o ludziach, którzy specjalnie pojechali do Ukrainy, żeby przekonać się, czy wojna naprawdę trwa. Niestety ostatnio usłyszałam, że jeden z takich przypadków zakończył się tragicznie. Prawda jest taka, że oczywiście istnieje bardzo dużo fejków, ale jednocześnie ogromna większość materiałów jest prawdziwa. To chyba najbardziej udokumentowana wojna w historii. Archiwum Ukrainian War Archive zgromadziło już około 35 milionów materiałów cyfrowych i z każdym dniem jest ich coraz więcej. Pracownicy archiwum je weryfikują, ale wiadomo, że w przestrzeni publicznej krąży ogrom materiałów, w tym także fejków. Zadałam sobie pytanie: skoro jest tyle fałszywych obrazów, to jak mówić o prawdzie? Dla mnie sztuczna inteligencja jest po prostu narzędziem. Nie jest czymś, co dyktuje prawdę. Oczywiście można nią manipulować świadomością, tworzyć przekazy perswazyjne, ale właściwie sztuka od zawsze miała podobne możliwości. Dlatego wykorzystuję autentyczne materiały i łączę je z obrazami wygenerowanymi przez sztuczną inteligencję. Kiedy te fragmenty się ze sobą łączą, a ja swoją praktyką potwierdzam ich prawdziwość, powstaje nowa całość. Do każdego obrazu mam źródło – wiem, skąd pochodzi, jaką sytuację przedstawia i który element jest autentyczny, a który został przeze mnie przekształcony za pomocą algorytmów. W ten sposób poprzez sztukę poszukuję prawdy.

Ania

Wspomniałaś właśnie o wykorzystaniu sztucznej inteligencji. Jaką rolę pełnią w twojej twórczości sztuczna inteligencja i nowe media cyfrowe? Jak do tego podchodzisz? Z obawą, z niepokojem, czy raczej próbujesz korzystać z tych narzędzi w taki sposób, żeby wyciągnąć z nich jak najwięcej pozytywnych możliwości?

Hanna

Staram się podchodzić do każdego nowego medium przede wszystkim jak do narzędzia, jak do techniki. Raczej myślę o tym pozytywnie i staram się nie popadać w technofobię. Nowe technologie przyniosły już wiele dobrego i mogą przynieść jeszcze więcej. Wszystko zależy od tego, kto się nimi posługuje i w jakim celu. Uważam, że nowe technologie jak najbardziej powinny istnieć w kulturze wizualnej i w sztuce współczesnej. Nie możemy zamknąć oczu i powiedzieć: „Nie będę z tego korzystać”. Oczywiście można tak zrobić – można powiedzieć: „Nie będę używać internetu, będę wyłącznie rozcierać pigmenty i malować jeden obraz przez pięć lat”. Taki artysta będzie jednak bardzo oderwany od teraźniejszości. Ja zdecydowałam, że skoro mnie to wciąga i jest dla mnie ciekawe, to chcę z tego korzystać. Oczywiście nie czuję się tak swobodnie jak artyści, którzy pracują wyłącznie z kontentem cyfrowym. Ja jestem raczej na pograniczu malarstwa, rysunku i nowych mediów, ale korzystam z nich. Są jednak też negatywne skutki takiej pracy. Zauważyłam, że coraz więcej czasu spędzam przy komputerze. Praca nad projektem wygląda tak, że koncepcja, wymyślanie, praca nad samym projektem, organizacja, promocja – wszystko dzieje się przy jednym biurku. To bardzo ogranicza. Nie tylko mnie, ale w ogóle całe społeczeństwo. Przez rozwój nowych technologii stajemy się coraz częściej ich niewolnikami. Pracujemy z tabletem, komputerem, smartfonem i innymi gadżetami więcej niż z ludźmi, z naturą czy z materią. Dlatego wydaje mi się, że najważniejsze jest znalezienie balansu.

Ania

Mhm. Tak, czasami warto też poszukać tej wspólnoty nie tylko w świecie cyfrowym, ale też w takim bezpośrednim kontakcie. Spotkać się z człowiekiem twarzą w twarz, porozmawiać, bo to zupełnie inaczej działa na zmysły, na samopoczucie i ma zupełnie inną wartość.

Hanna

Tak, bo jednak ludzie są istotami społecznymi. Nie możemy istnieć poza społeczeństwem. Gdyby każdy mieszkał na swojej wyspie, to po prostu nie byłoby to możliwe. W tym właśnie widzę największe zagrożenie.

Ania

Mhm. Chciałam cię też zapytać, bo wspomniałaś o naturze i o bliskości drugiego człowieka. Pracując tak intensywnie, realizując kolejne projekty i ostatnio jeszcze broniąc doktorat, czy znajdujesz w tym wszystkim przestrzeń dla siebie? Na odpoczynek, na oddech?

Hanna

Przyznam szczerze, że ostatnio więcej czasu spędzam w pracy niż na odpoczynku i cały czas jestem w poszukiwaniu tego work-life balance. Uważam jednak, że bez odpoczynku to nie jest dobra droga. Zdrowie, samopoczucie, kontakt z innymi ludźmi i wymiana doświadczeń to są najważniejsze rzeczy. Po prostu żyjemy w trochę przyspieszonych czasach. Wszyscy jesteśmy w ciągłym napędzie i sami się nawzajem napędzamy. Ostatnio rzeczywiście było tego bardzo dużo, głównie przez doktorat, bo to bardzo wymagająca praca. Mam jednak nadzieję, że teraz ten balans będzie już bardziej obecny.

Ania

No to życzę ci właśnie więcej przestrzeni na złapanie tej równowagi. Powiedz jeszcze, czego nauczyłaś się o sobie w ostatnich latach?

Hanna

To bardzo ciekawe pytanie, bo właściwie uczę się cały czas. Najbardziej uczę się przez to, co robię. Realizuję projekty, a potem je analizuję. To doświadczenie związane z ich tworzeniem uczy mnie chyba najbardziej. Ale wydaje mi się też, że jeszcze bardziej lubię uczyć się od innych ludzi. Oczywiście własna przestrzeń jest ważna i bezpieczna, ale bardzo dużo uczę się od osób, które są obok mnie – i młodszych, i starszych, od kolegów i koleżanek z pracy. Ja po prostu lubię uczyć się życia.

Ania

Tak. A jeżeli chodzi o ciebie samą – o to, co jest w tobie, o emocje, potrzeby – czy w ostatnich latach, zwłaszcza od 2022 roku, poczułaś w sobie jakąś wewnętrzną zmianę?

Hanna

Tak, rzeczywiście. W ostatnich latach poczułam w sobie dużą zmianę. Zrozumiałam, że bardzo ważne jest wyrażanie emocji. Zawsze je gdzieś odkładałam. Oczywiście przepracowywałam je poprzez sztukę, ale chciałam podejmować bardziej „poważne” tematy i przez to zapominałam o sobie, o własnym doświadczeniu. To, co odnalazłam dla siebie również w pracy badawczej, to afektywność i patrzenie na świat, także na politykę, poprzez prywatność, osobiste przeżycia, wspólnotowość i relacje rodzinne. Uważam, że właśnie tego się nauczyłam – że kobiecość jest bardzo ważnym aspektem, podobnie jak cielesność i kruchość ciała. To jest teraz moje nowe pole zainteresowań, którego wcześniej właściwie nie było. Wcześniej bardziej interesowały mnie inne rzeczy, a siebie odkładałam gdzieś na drugi plan.

Ania

Na margines.

Hanna

Na margines.

Ania

A czy teraz jest coś, czego najbardziej potrzebujesz jako artystka i jako osoba?

Hanna

Ciężko tak naprawdę jednoznacznie odpowiedzieć. Ale zainspirowało mnie wczorajsze spotkanie w Grid Arthub dotyczące badań artystycznych. Spotkałam się tam z osobami, które również poszukują siebie w tym obszarze. Doktorat jest przecież pewną formą badań artystycznych i zaczęłam się zastanawiać, czy chcę dalej rozwijać właśnie taką praktykę, czy może podchodzić do swojej pracy w inny sposób. Zrozumiałam, że interesują mnie badania artystyczne prowadzone w zespołach, podczas rezydencji artystycznych czy różnych wymian. Mam też poczucie, że brakuje takich przestrzeni pracownianych wyposażonych w nowe technologie, gdzie artyści mogliby spotykać się i wspólnie pracować, także razem z badaczami. Marzy mi się, żeby powstawały większe centra tego typu. Oczywiście istnieją kolektywy artystyczne, ale później każdy wraca do swojej pracowni i działa osobno. Brakuje mi takich miejsc dla tymczasowych kolektywów – niekoniecznie stałych grup – gdzie byłby dostęp do sprzętu, nowych technologii i różnych narzędzi do eksperymentowania. To byłoby naprawdę fascynujące.

Ania

Tak. Zwłaszcza że dziś, przy tak szybkim rozwoju technologii, ciągłe uczenie się i rozwijanie kompetencji cyfrowych okazuje się później bardzo przydatne – zarówno w twórczości, jak i w badaniu własnej sztuki.

Hanna

Właśnie. A praca nad większym projektem, do którego każdy wnosi swoją cegiełkę, też jest bardzo ciekawa i ważna. Chyba właśnie czegoś takiego teraz poszukuję.

Ania

A powiedz jeszcze, czego sobie życzysz i o czym marzysz – w tym roku i w przyszłości?

Hanna

Przede wszystkim marzę o tym, żeby skończyła się wojna. Żeby wszyscy wrócili z frontu do swoich rodzin i żeby na świecie zapanował pokój. To może utopijne marzenie, ale chyba najważniejsze. A słuchaczom życzę wewnętrznego spokoju, radości, rozwijania swoich pasji, nowych inspiracji, a także wspólnotowej, twórczej pracy. Takich zwykłych, codziennych rzeczy. Tobie, Aniu, też życzę wszystkiego dobrego, rozwijania ArteCastu, bo zapowiada się bardzo ciekawie, i kolejnych projektów – kuratorskich i wszystkich innych. Dziękuję ci bardzo, że o mnie pomyślałaś.

Ania

Dziękuję. Ja z kolei życzę ci spełniania marzeń, przestrzeni na rozwój twórczy i osobisty, żebyś czuła się spełniona i szczęśliwa.

Hanna

Dziękuję.

Ania

No i oczywiście dalszych sukcesów.

Hanna

Dziękuję. Mam nadzieję, że będzie okazja zaprosić cię na kolejną wystawę, może już w przyszłym roku.

Ania

Bardzo dziękuję ci za rozmowę i za czas, który mi poświęciłaś.

Hanna

Dziękuję.

Ania

Do usłyszenia.

Hanna

Do usłyszenia.

[dźwięk dżingla]

Ania

To był ArteCast, a dziś moją gościnią była Hanna Shumska – artystka, która odważnie mierzy się z obrazem jako narzędziem władzy, manipulacji, pamięci i oporu. Rozmawiałyśmy o wpływie wojny i polityki na sztukę, ale też o nowych technologiach, o czułości wobec siebie, o wspólnocie i o potrzebie równowagi w świecie nieustannego napięcia. Ta rozmowa pokazuje, że sztuka nie jest ucieczką od rzeczywistości. Jest sposobem jej rozumienia – czasem krzykiem, czasem pytaniem, a czasem próbą odzyskania języka, kiedy wszystko wokół próbuje go nam odebrać. Jeśli ten odcinek był dla was ważny, zostawcie subskrypcję, ocenę lub komentarz. Udostępnijcie go dalej. Dzięki temu ArteCast może docierać do kolejnych osób i budować przestrzeń rozmowy, która nie boi się trudnych tematów. Zajrzyjcie też na media społecznościowe Hani, żeby być na bieżąco z jej działaniami i obejrzeć prace, o których rozmawiałyśmy. W opisie odcinka znajdziecie również najważniejsze linki. A w kolejnym odcinku znów spotkamy się na styku sztuki, emocji i procesu twórczego. Do usłyszenia w następnym ArteCaście.