Przejdź do głównej treści

ArteCast · Transkrypcja

NATALIA TARANTA / O mieście, wspólnocie i sprawczości - cz. I

Prowadząca: Anna Szynwelska

ArteCast, podcast o sztuce współczesnej.

[dźwięk dżingla]

Ania Szynwelska

Powiedz nam, kim jesteś. Przedstaw się państwu przed milionami słuchaczy.

Natalia Taranta

Nazywam się Natalia Taranta. Jestem dyrektorką Kunstraum Heilig Geist am UNESCO-Welterbe Zollverein i założycielką festiwalu architektury Open House Essen. Znajdujemy się w byłym kościele Świętego Ducha, który dziś funkcjonuje jako przestrzeń dla sztuki, architektury i spotkań. Kunstraum Heilig Geist, czyli Przestrzeń Sztuki Świętego Ducha przy światowym dziedzictwie UNESCO Zollverein…

[dźwięk dżingla]

Ania

No… czy poczuliście się jak w katedrze? Słyszeliście to echo? Jeśli tak, to nic dziwnego, bo tym razem spotykamy się w byłym kościele. W dzisiejszym odcinku ArteCastu dla odmiany przenosimy się do Essen – miasta o górniczej historii, wielokulturowej tożsamości i niezwykłej energii transformacji. Rozmawiam z Natalią Tarantą, dyrektorką Kunstraum Heilig Geist – miejsca sztuki powstałego w dawnym kościele, po sąsiedzku z kompleksem Zollverein, wpisanym na listę UNESCO. To pierwsza część naszej rozmowy o tym, jak tworzyć inkluzywną przestrzeń sztuki w obcym mieście, o festiwalu Open House Essen, o tym, jak łączyć ludzi o różnych doświadczeniach, jak budować zaufanie i jak z szacunkiem podchodzić do historii miejsc – dawnych obiektów industrialnych, sakralnych czy całych dzielnic. Porozmawiamy o tym, że inkluzywność zaczyna się od uważności, że redevelopment to nie tylko architektura, ale też pamięć, tożsamość miejsca, jego mieszkańców i zrównoważony rozwój. I że praca w nowym, wielokulturowym mieście wymaga cierpliwości, słuchania i autentycznego zaangażowania. Rozmowę nagrywamy w domu parafialnym byłego kościoła Heilig Geist, dziś przestrzeni spotkań, dialogu i sztuki współczesnej. Zapraszam do wysłuchania rozmowy o odwadze, relacjach, odpowiedzialnej transformacji i o wspólnym jedzeniu kanapek.

[dźwięk dżingla]

Ania

Powiedz mi, gdzie obecnie się znajdujemy i jaka jest twoja funkcja?

Natalia

Znajdujemy się w Kunstraum Heilig Geist am UNESCO-Welterbe Zollverein, czyli w Przestrzeni Sztuki Świętego Ducha przy dziedzictwie UNESCO Zollverein. Mam przyjemność być dyrektorką tego miejsca. Jest to były kościół, który w 2024 roku został zdesakralizowany i od kwietnia 2025 roku funkcjonuje jako miejsce sztuki – miejsce styku sztuki, architektury i takiego bycia razem.

Ania

A jak w ogóle znalazłaś się w Essen? Jak tu trafiłaś?

Natalia

Moja historia z Essen ma w tej chwili 24 lata, z osiemnastoletnią przerwą. W 2002 roku, kiedy byłam w liceum, przyjechałam tutaj na roczną wymianę uczniowską. Mieszka się wtedy w niemieckiej rodzinie goszczącej, chodzi do niemieckiej szkoły, spędza z rodziną święta, poznaje kulturę od środka i oczywiście bardzo intensywnie uczy się języka. Ten rok minął. Wróciłam do Polski, zrobiłam maturę, później studiowałam w Krakowie, a po studiach – jak wiesz – zamieszkałam w Gdyni. Przez jedenaście lat mieszkałam tam i pracowałam, zajmując się głównie PR-em i komunikacją dla inicjatyw kulturalnych, między innymi Globaltiki, SpaceFestu, później Open House Gdynia i Open House Gdańsk.

Ania

I w którymś momencie stwierdziłaś, że zmieniasz miejsce i przenosisz się do Niemiec?

Natalia

Może zacznę od tego, że cała ta historia z Essen, oprócz tego, że zaczęła się w 2002 roku, tak naprawdę zaczęła się w 2020. Przyjechałam tutaj wtedy zawodowo i po osiemnastu latach zobaczyłam miasto, którego przez cały ten czas nie widziałam. To było dla mnie niesamowite doświadczenie. Zawsze mocno przeżywa się moment, kiedy wraca się do miejsca, które już się zna, ale ogląda się je po dwudziestu latach. Widzi się, co się zmieniło, a co w ogóle się nie zmieniło. Później zaczęłam chodzić po mieście i przyglądać się budynkom, które mnie zachwycały. Patrzyłam na nie już zupełnie inaczej – jako osoba, która zajmowała się wtedy festiwalem Open House w Gdyni i Gdańsku. Open House to międzynarodowa inicjatywa. Obecnie obejmuje ponad sześćdziesiąt festiwali w różnych miastach świata. W Polsce festiwale w Gdyni i Gdańsku zostały założone przez Dianę Lenart, która wcześniej poznała ten koncept dzięki Open House Barcelona. Często jest tak, że ktoś poznaje ideę Open House i pokazywania budynków od kulis – miejsc, których na co dzień nie można zwiedzać, czy nawet prywatnych mieszkań – i potem zaraża tym kolejne osoby. W 2018 roku byłyśmy z Dianą na konferencji Open House Worldwide, gdzie zobaczyłam, jak wielką inicjatywą jest cały ten ruch i jak fantastyczni ludzie na całym świecie robią wspaniałe rzeczy.

Ania

No i poznałaś tam partnerów z całego świata?

Natalia

Tak. Rzeczywiście byli tam ludzie z całego świata, bo Open House jest obecny praktycznie na wszystkich kontynentach. Lagos, Nowy Jork, Barcelona, Gdynia, Wiedeń, Zurych, Hongkong... To naprawdę ogromna inicjatywa. Ja od początku bardzo ceniłam ten koncept. Sama nie jestem z Gdyni i zawsze uważałam, że dla osoby, która nie pochodzi z miasta, poznawanie go w taki sposób jest czymś niesamowitym. Z drugiej strony dla ludzi urodzonych w Gdyni odkrywanie miejsc, których również nie znają, mimo że mieszkają tam całe życie, też jest niezwykłym doświadczeniem. Tak właśnie powinno się poznawać miasta – z perspektywy mieszkańców, turystów, osób, które przyjeżdżają tylko na chwilę, ale też tych, którzy żyją tam na co dzień. To była dla mnie świetna koncepcja. A kiedy w 2018 roku zobaczyłam jeszcze, jak ogromna jest cała sieć Open House Worldwide – bo to około dwóch milionów uczestników rocznie – uświadomiłam sobie skalę tego przedsięwzięcia. To największy festiwal architektury i designu na świecie, jeśli spojrzeć na wszystkie edycje razem. No i będąc już całkowicie zarażoną tym pomysłem, przyjechałam do Essen. Patrzyłam na miasto właśnie przez pryzmat Open House. Widziałam miejsca spotkań ludzi, piękną architekturę, ale też miasto, które zostało niemal całkowicie zniszczone podczas II wojny światowej i odbudowane w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych z tego, co udało się ocalić. Po tym wszystkim powiedziałam do koleżanki: „Wiesz co? Ja tu zrobię Open House”. A ona odpowiedziała: „To zrób”. I tak to się zaczęło. Postanowiłam zrobić Open House Essen i okazało się, że w Niemczech w ogóle nie było jeszcze tej inicjatywy. Były dwa festiwale w Szwajcarii – w Zurychu i Bazylei – oraz w Wiedniu, ale w Niemczech nie było żadnego. I tak Essen zostało pierwszym niemieckim miastem w sieci Open House Worldwide.

Ania

To musiałaś wtedy nawiązać kontakt z lokalnymi władzami albo z organizacjami pozarządowymi? Jak to właściwie się rozpoczęło?

Natalia

No tak właśnie, bo przyjechałam do miasta, w którym co prawda byłam dwadzieścia lat temu, ale nie miałam tutaj, tak jak powiedzmy w Gdyni, zaplecza jedenastu lat pracy w kulturze. Moja pierwsza praca tak naprawdę polegała na tym, żeby w ogóle przekonać ludzi, że jest to świetny projekt. To, że ja byłam o tym przekonana albo że dwa miliony ludzi na świecie są o tym przekonane, wcale nie oznaczało, że władze miasta, architekci czy mieszkańcy, którzy w Niemczech w ogóle nie znali tej inicjatywy, od razu też tak pomyślą. Musieli po prostu najpierw zaufać, że jest to fajny projekt, albo w ogóle się z nim zapoznać. To była dość wyboista droga. Po pierwsze nie miałam tutaj zaplecza osoby, o której można powiedzieć: „Aha, okej, to jest Natalia, którą znamy, robi tutaj różne projekty”. Nie było też w Niemczech żadnego punktu odniesienia w postaci Open House. Od razu wszyscy zaczęli mnie pytać: „Ale dlaczego chce pani zrobić to w Essen? Dlaczego nie w Monachium albo w Berlinie?”. To było trochę podejrzane. Pytano, dlaczego akurat Essen, albo dlaczego Berlin jeszcze tego nie robi czy Drezno. Ja zawsze podawałam jako przykład Gdańsk i Gdynię. Przecież to Gdynia rozpoczęła Open House w Polsce, a nie Kraków czy Warszawa. Chodzi o to, że zawsze potrzebne są osoby, które po prostu mają ochotę to zrobić i mają w sobie tyle siły oraz pasji, żeby stworzyć takie wydarzenie. Potrzebna jest też instytucja, w której są zarówno architekci, jak i osoby spoza tej branży. W Niemczech bardzo często jest tak, że jeśli istnieją izby architektów, zrzeszenia czy inicjatywy architektoniczne, to w ich zarządach są wyłącznie architekci. Skontaktowałam się więc z Urzędem ds. Kultury w Essen. Tam skierowano mnie do organizacji Forum Sztuki i Architektury, która miała w swoim zarządzie osoby zarówno ze świata sztuki, jak i architektury. To był pierwszy krok. Po raz pierwszy ktoś uwierzył w ten projekt i powiedział: „Wow, to może być ciekawe”. Peter Brdenk, niemiecki architekt urodzony w Essen, autor książek o architekturze miasta, ma ogromną wiedzę na temat Essen. Z kolei Irene Wiese von Ofen jest architektką i urbanistką, która w latach sześćdziesiątych objęła stanowisko głównej planerki miasta. To ona sprowadziła do Essen UNESCO i pracowała także w strukturach ONZ. Irene była osobą, która znała Open House Wiedeń. Powiedziała wtedy: „To jest świetna inicjatywa. Znam ją z Wiednia. Będzie wspaniale, jeśli pojawi się również w Essen”. I tak to się zaczęło. Natomiast był to ogromny wysiłek, żeby przekonać ludzi, władze miasta i instytucje, że jest to ważny projekt i że warto przeznaczyć na niego pieniądze. No i nie można zapominać, że był rok 2020. To był czas pandemii. Wszyscy w kulturze byli wtedy zajęci zupełnie innymi sprawami. Początki mojej pracy w Essen polegały więc na poszerzaniu kontaktów i budowaniu bazy ludzi oraz instytucji, które byłyby zainteresowane wsparciem festiwalu. Chodziło oczywiście o pozyskiwanie funduszy, zdobywanie budynków, ale też o znalezienie ekspertów, którzy swoją wiedzą mogliby wesprzeć zaplecze architektoniczne i historyczne. Bo Open House to nie tylko wizyty w budynkach. To także dyskusje o mieście, o zmianach, o partycypacji, o tym, do kogo należy miasto, jaka jest jego historia, ale też jaka jest jego przyszłość. To był właśnie ten etap, kiedy budowała się sieć wokół festiwalu. Zgłosiłam się wtedy również do konkursu, w którym poszukiwano inicjatyw turystycznych – projektów pokazujących region, a nawet cały land Nadrenia Północna-Westfalia. Jeszcze mieszkając w Gdyni, zgłosiłam tam projekt Open House. Zakwalifikowałam się jako jedna z laureatek i dostałam nagrodę w wysokości czterech tysięcy euro. Oczywiście to było świetne, ale na zorganizowanie festiwalu to wciąż za mało. Dostałam jednak również nagrodę specjalną – na rok otrzymałam do dyspozycji wspaniałą przestrzeń w centrum miasta, całkowicie bezpłatnie, żeby realizować tam swój projekt. To był moment, kiedy nadal mieszkałam w Gdyni i tak naprawdę nie wiedziałam jeszcze, co będzie dalej. Miałam tylko te cztery tysiące euro, ale wiedziałam już, że mam biuro, mam swoje miejsce, takie zakotwiczenie w Essen. Od samego początku jako Open House Essen bardzo duży nacisk położyliśmy na redevelopment, czyli przebudowywanie tego, co już istnieje, zamiast budowania od nowa. Tutaj jest to bardzo ważne i od lat zupełnie naturalne, bo znajdujemy się w Zagłębiu Ruhry, gdzie w 1989 roku zamknięto bardzo wiele kopalń. Region stanął wtedy przed ogromnymi zmianami strukturalnymi – zwolnieniami i wyzwaniami, które dobrze znamy również z Polski, z górnictwa czy przemysłu stoczniowego. W pewnym momencie pojawiło się więc pytanie: co zrobić z tymi wszystkimi budynkami? Pierwsza myśl była oczywiście taka, żeby je wyburzyć i zbudować tam osiedla mieszkaniowe. Okazało się jednak, że jest to tak kosztowne i tak trudne do zrealizowania, że zaczęto szukać innego rozwiązania. Pojawił się więc pomysł, żeby stworzyć tam miejsca kultury i muzea. Na początku mieszkańcy i byli pracownicy tych zakładów byli temu całkowicie przeciwni. Mówili: „My już nie chcemy na to patrzeć. Pracowaliśmy tam, traciliśmy zdrowie. Jakie muzeum? My już nigdy więcej nie chcemy tego oglądać”. Nagle pojawił się więc ogromny problem społeczny. Tysiące ludzi straciło pracę. To właśnie tutaj znajdowała się największa kopalnia w Europie – dzisiejsze dziedzictwo UNESCO Zollverein. Wyzwanie, przed którym stanęli planiści miasta i osoby odpowiedzialne za transformację regionu, było naprawdę ogromne. Dzisiaj, kiedy jedzie się przez Zagłębie Ruhry i wciąż widać kominy czy wieże szybowe, mieszkańcy identyfikują się z tym krajobrazem. Młodsze pokolenie idzie tam już po prostu do muzeum albo na lodowisko. Nie myśli o tym, że kiedyś ktoś pracował tam pod ziemią. Dzisiaj te miejsca wydają się naturalnym elementem krajobrazu. Ale ten proces cały czas jest tematyzowany. Nic nie staje się od razu muzeum. I właśnie na to kładziemy tutaj nacisk. Dziś, w 2026 roku, bardzo ważne jest pytanie: co zrobimy z budynkami, które już mamy? W Niemczech wygląda to tak, że co dwadzieścia minut zabudowywana jest powierzchnia wielkości stadionu piłkarskiego. Jesteśmy więc w takim momencie, w którym nie możemy betonować jeszcze więcej.

Ania

No tak. Tym bardziej że cały kompleks Zollverein ma niesamowitą architekturę. To po prostu piękna bryła sama w sobie, więc byłoby ogromną stratą ją zniszczyć. Już choćby ze względów architektonicznych i urbanistycznych warto takie miejsca zachować.

Natalia

Tak. Super, że o tym mówisz, bo to prowadzi nas do odpowiedzi na pytanie, dlaczego jesteśmy właśnie tutaj. To jest taki most między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, o którym cały czas rozmawiamy w Open House i z naszymi partnerami przez cały rok. Znajdujemy się przecież w przestrzeni byłego kościoła. Jesteśmy dziś w budynku zaprojektowanym przez Gottfrieda Böhma – pierwszego niemieckiego laureata Nagrody Pritzkera, czyli takiego architektonicznego Nobla. To był pierwszy kościół, który zaprojektował. Jesteśmy więc w miejscu, które jest prawdziwym architektonicznym skarbem, stojącym w dzielnicy, której raczej nie kojarzy się z miejscem, do którego przyjeżdża się oglądać wybitną architekturę. A jednak, jeżeli zajrzymy za kulisy i spojrzymy na kompleks kopalni, to zobaczymy, że architekci, którzy ją projektowali, powiedzieli: „Ma to być najpiękniejsza kopalnia”. Czyli form follows function, ale można to zrobić w taki sposób, żeby było też piękne architektonicznie. Mamy tutaj typowy industrial, ale zachowany nie tylko z miłości do industrialu, lecz także jako prawdziwy architektoniczny skarb. Późniejsza przebudowa tych miejsc również była powierzana wybitnym architektom.

Ania

No tak. Między innymi Rem Koolhaas został zaproszony do współpracy. Razem z innymi pracowniami architektonicznymi zadbał o to, żeby cała rewitalizacja była na najwyższym poziomie i żeby wszystko zostało zaplanowane z szacunkiem dla oryginalnej koncepcji architektów, którzy stworzyli tę przestrzeń.

Natalia

Tak. Rem Koolhaas jest zresztą również laureatem Nagrody Pritzkera. Norman Foster przebudował jeden z budynków, w którym dziś mieści się Red Dot Design Museum – on także jest laureatem Pritzkera. Jedyny nowy budynek na terenie kompleksu zaprojektowała natomiast pracownia SANAA z Japonii, której architekci również otrzymali Nagrodę Pritzkera. Nagle więc okazuje się, że w miejscu kojarzonym przede wszystkim z historią górnictwa mamy aż czterech laureatów Nagrody Pritzkera. To naprawdę ogromna ilość dobrej architektury na metr kwadratowy. No i właśnie przechodzimy do tematu kościołów. Dzisiaj wiemy już, co zrobić z kopalniami. Mamy za sobą ten proces i zdobyliśmy ogromne doświadczenie. Natomiast teraz stoimy przed kolejnym wielkim wyzwaniem – przebudową kościołów. Kościoły w Niemczech się starzeją. W całym kraju w najbliższych latach zostanie zamkniętych około czterdziestu tysięcy budynków kościelnych. Czasami są to same kościoły, czasami domy parafialne albo inne budynki związane z administracją czy działalnością parafii.

Ania

Wcześniej rozmawiałyśmy o tym, że kościoły pełniły nie tylko funkcję sakralną. Szczególnie po wojnie były też miejscem spotkań, gdzie ludzie mogli przepracowywać wojenną traumę i trudne doświadczenia. Jednoczyli się tam i otrzymywali wsparcie. Właściwie, kiedy nie było jeszcze powszechnego dostępu do psychologów czy terapii, kościół pełnił też taką zastępczą funkcję wsparcia psychologicznego. Jeżeli ta funkcja społeczna była po wojnie tak mocno rozwinięta, to teraz, kiedy czasy się zmieniają, wiele tych obiektów sakralnych potrzebuje nowej funkcji.

Natalia

Dokładnie. Po wojnie Niemcy potrzebowali miejsc, w których znowu mogliby być razem. Miejsc duchowości. Ale tutaj właśnie Geist nie musi oznaczać wyłącznie duchowości religijnej. To może być także pewne sacrum, które – podobnie jak w sztuce – nie jest związane z religią.

Ania

Tylko z tworzeniem wspólnoty.

Natalia

Dokładnie. Właśnie z tworzeniem wspólnoty. Tutaj, w kościele, w którym jesteśmy, do całego kompleksu należą jeszcze cztery budynki. W jednym mieści się przedszkole, drugi był domem parafialnym, kolejny był domem proboszcza. Łącznie jest ich pięć. Sam kościół i dwa budynki zostały sprzedane przez Kościół katolicki i dziś należą do kompleksu Kunstraum Heilig Geist, czyli naszej przestrzeni sztuki. Bardzo zależy nam na zachowaniu tej funkcji budowania społeczności. Możemy mówić, co chcemy, ale każde zamknięcie kościoła jest bardzo smutnym wydarzeniem. Ostatnia msza zawsze jest poruszającym momentem. W przypadku naszego kościoła są osoby, które były z nim związane przez sześćdziesiąt lat. Znamy ludzi, którzy pamiętają jego budowę. Dziś mają ponad osiemdziesiąt lat i pamiętają każdy etap jego historii. My bardzo chętnie zbieramy te opowieści i przekazujemy je dalej. To są osoby, które przychodziły tutaj nie tylko na niedzielną mszę, ale także spotykały się, piły razem kawę, jadły ciasto i po prostu tworzyły wspólnotę. Dlatego było dla nas bardzo ważne, żeby nawet jeśli pokazujemy tutaj sztukę znanych artystów i artystek z całego świata, wszystko było zakotwiczone w tym miejscu i związane z ludźmi, którzy tutaj mieszkają i którzy przez sześćdziesiąt lat przychodzili do tego kościoła – żeby ochrzcić dzieci, wziąć ślub, ale też po prostu zjeść razem ciasto. To właśnie staramy się rozwijać poprzez nasz dodatkowy program – warsztaty, wspólne gotowanie i wspólne jedzenie. W tym roku zaczynamy projekt, który będzie odbywał się regularnie, raz w miesiącu, w kościele. Nazywa się „Sztuka i kanapka” – tak chyba mogłabym to przetłumaczyć. Chodzi o to, żeby spotkać się przy wspólnym stole, przy jedzeniu kanapek, a nie wykwintnych dań. Punktem wyjścia jest zawsze sztuka prezentowana w danym momencie w naszej przestrzeni, ale najważniejsza jest właśnie ta wspólnotowa atmosfera i ludzie, którzy tutaj mieszkają. To jest też tak, że my już się znamy. To nie jest tak, że przyszliśmy tutaj i powiedzieliśmy: „Dzień dobry, powiesimy sztukę artystów z Nowego Jorku, prosimy patrzeć, a może nawet kupować”.

Ania

Sąsiedzi, przyjdźcie.

Natalia

Dokładnie. Najpierw po prostu się poznaliśmy. Ja tych sąsiadów już znałam dzięki Open House. W 2023 roku, kiedy kościół stał pusty i nie był już używany, otworzyliśmy go podczas Open House dla mieszkańców. To był dla mnie chyba najważniejszy moment w całej mojej historii związanej z Open House i z tym miejscem. Była to pierwsza edycja po pandemii, więc mogliśmy zobaczyć, co naprawdę udało nam się zbudować przez ten czas. Mieliśmy gości z innych festiwali Open House, realizowaliśmy wspólny projekt finansowany przez Unię Europejską, więc przyjechali partnerzy z różnych krajów. Byli architekci, fotografowie, byli też ci panowie, o których wspominałam, pamiętający początki tego kościoła. I nagle do tej bardzo różnorodnej grupy weszła młodzież z pobliskiego meczetu. W ramach swoich sobotnich zajęć przyszli zwiedzić kościół po sąsiedzku. To był moment, w którym pomyślałam: właśnie tak chciałabym, żeby rozwijał się ten festiwal. Właśnie to chciałabym robić. Nagle spotkali się tutaj architekci, osoby związane z kościołem i osoby, które z kościołem nie były związane. Młodzież i osoby po osiemdziesiątym roku życia. Oprowadzanie prowadziła osoba związana z parafią, ale bardzo szybko zauważyliśmy, że najważniejsza stała się wymiana między tymi starszymi panami, którzy pamiętali początki kościoła, a młodzieżą. Oni opowiadali swoje historie, a młodzi ludzie zadawali pytania. Później, tego samego dnia, w ramach Open House odwiedziliśmy również pobliski meczet. Można było wspólnie zjeść baklavę, wypić herbatę, porozmawiać przy wspólnym stole, a przy okazji poznać symbolikę i architekturę meczetu. To był moment, w którym naprawdę zobaczyłam, że można stworzyć wydarzenie, podczas którego spotykają się ludzie z bardzo różnych środowisk i różnych baniek. Od tamtej chwili wiedziałam też, że ten kościół – wtedy jeszcze był kościołem, przed desakralizacją – jest miejscem absolutnie wyjątkowym. Nie tylko ze względu na architekturę. Zaczęło zgłaszać się do nas mnóstwo osób. Ktoś mówił: „Ja tutaj zostałam ochrzczona”, ktoś inny: „Ja tutaj brałem ślub”. Wtedy zobaczyłam, że mamy do czynienia z wyjątkowym miejscem, które jest czymś więcej niż tylko budynkiem. Tutaj dzieje się coś naprawdę ważnego. Od tamtej pory chyba wszędzie opowiadałam o tym kościele. Kiedyś ktoś zapytał mnie o mój ulubiony budynek w Zagłębiu Ruhry. Odpowiedziałam, że właściwie nie da się odpowiedzieć na takie pytanie, ale jeśli już muszę wskazać jeden, to jest nim właśnie Heilig Geist. To, że dziś mogę prowadzić to miejsce jako jego dyrektorka i współdecydować o tym, co się tutaj dzieje, jest dla mnie czymś naprawdę niesamowitym.

Ania

Oglądając ten obiekt, od razu zwróciłam uwagę na jego formę przypominającą namiot. Kojarzy się z czymś przyjaznym, z takim safe place.

Natalia

Tak. I właśnie to chcemy tutaj budować. A może już budujemy. Chcemy, żeby było to miejsce, w którym każdy może poczuć się dobrze i znaleźć coś dla siebie. Ten namiot z jednej strony kojarzy się z czymś ciepłym i bezpiecznym, ale z drugiej strony architekt miał też inną ideę. Chodziło o nomadyczność świata – o to, że wszystko się zmienia. W odniesieniu do Biblii mówi się przecież o przyszłym mieście, którego jeszcze nie mamy. To właśnie chciał przekazać architekt. I teraz, kiedy jesteśmy w samym środku zmian dotyczących Kościoła katolickiego – ale także ewangelickiego w Niemczech – bardzo mocno to wybrzmiewa. Coś, co przez dziesięciolecia wydawało się stałym elementem miasta, nagle zmienia swoją funkcję. Zawsze, jadąc przez miasto, widzimy kościoły. Wiemy, że gdzieś jest rynek, jakaś wieża, jakiś punkt orientacyjny. A tutaj nagle ta przestrzeń całkowicie się zmienia i zyskuje nowe przeznaczenie. Mam takie poczucie, że architekt nie mógł przewidzieć sześćdziesiąt lat temu, że właśnie to się wydarzy. Ale jednocześnie jego koncepcja niezwykle trafnie – zarówno metaforycznie, jak i bardzo dosłownie – pokazuje tę zmianę i nomadyczność. W kontekście kopalń, które przestały być kopalniami, mamy teraz także kościoły, które przestały być kościołami.

Ania

Chodząc po dzielnicy Katernberg, od razu widać jej różnorodność kulturową. Są tutaj typowo niemieckie rodziny, ale też wielu migrantów i przedstawicieli różnych społeczności, które mocno wpisały się w charakter tej dzielnicy. Jak wam się udaje tutaj funkcjonować? Jak wygląda ta dzielnica z twojej perspektywy i czym właściwie jest dla Essen?

Natalia

To typowo robotnicza dzielnica położona tuż obok kopalni. Powstawały tutaj osiedla dla górników – szeregowce i całe zespoły budynków, w których wszystkie domy wyglądały bardzo podobnie. Często cała ulica była zabudowana według jednego projektu. To bardzo ciekawe miejsce, bo do dziś widać, jak ogromny wpływ historia górnictwa wywarła na miasto, jego architekturę i cały krajobraz. Jest tutaj takie osiedle, a właściwie dwa – nazywają się Pestalozzi. Pestalozzi był pedagogiem, który stworzył koncepcję pomagania młodym ludziom, którzy stracili rodziców. Dlaczego właśnie takie osiedle powstało tutaj? W czasach, kiedy kopalnie przeżywały okres swojej największej świetności, bardzo wielu młodych chłopaków z Berlina czy Brandenburgii przyjeżdżało tutaj do pracy. Często mieli po 13–14 lat. Ich rodzice zostawali w Berlinie, a oni przyjeżdżali tutaj właściwie jeszcze jako dzieci. Na osiedlach Pestalozzi budowano domki jednorodzinne, w których mieszkały rodziny. Jedno piętro było przeznaczone właśnie dla tych chłopców. Zawsze znajdowały się tam dwa pokoje dla trzech osób. Zgodnie z koncepcją Pestalozziego chodziło o to, żeby dzieci, które były z dala od rodziców, miały namiastkę życia rodzinnego. Jedli razem posiłki, znowu wracamy do wspólnego jedzenia ciasta, mieli wspólne zajęcia i po prostu mogli doświadczać codziennego życia rodzinnego. Tak właśnie powstały te osiedla. Dzisiaj oczywiście mieszkają tam już zwykłe rodziny, które nie przyjmują pod swój dach nastolatków, ale nadal widać tę historię w samej architekturze tych domów. Jeżeli mówimy o ludziach, którzy tutaj przyjeżdżali, to najpierw byli Polacy, później Włosi, od lat sześćdziesiątych Turcy, a w ostatnich latach – powiedzmy od 2015 roku – głównie Syryjczycy i Libańczycy. Tutaj naprawdę są wszyscy. W ogóle Essen i całe Zagłębie Ruhry to setki kultur w jednej dzielnicy. Czasami mówimy nawet o 140 różnych kulturach, jak choćby w Gelsenkirchen. Cała historia tego miejsca pokazuje kolejne fale migracji. Jest to też związane z kościołami, bo kiedy przyjeżdżali tutaj przede wszystkim Polacy i Włosi, a obok mieszkali wierzący Niemcy, potrzeba budowania kościołów była ogromna. Wszyscy chodzili w niedzielę do kościoła. Tutaj funkcjonowało nawet określenie Pantoffelkirche – od słowa Pantoffel, czyli kapcie. Chodziło o to, że kościół powinien być tak blisko, żeby można było dojść do niego w kapciach. To trochę jak dzisiejsza idea 15-minute city, tylko tutaj można powiedzieć: church within slippers distance. Dlatego mamy tutaj tak wiele kościołów na metr kwadratowy. W pewnym momencie nie było już potrzeby budowania kolejnych świątyń, ale nadal je projektowano – często jako wybitne realizacje architektoniczne. Dlatego mamy tutaj nie tylko dużo kościołów, ale też bardzo dużo pięknych kościołów zaprojektowanych przez znakomitych architektów. I teraz znowu jesteśmy w momencie, w którym musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, co zrobić z tymi wspaniałymi miejscami, które przez tyle lat były ważne dla lokalnych społeczności. Jeżeli pytasz, jak udaje nam się tutaj wszystkim razem funkcjonować, to właśnie tak, jak podczas Open House. Byli tam starsi panowie pamiętający początki kościoła i młodzież z pobliskiego meczetu. W Zagłębiu Ruhry od ponad sześćdziesięciu lat obok siebie mieszkają ludzie z bardzo różnych kultur. I to jest tutaj czymś zupełnie naturalnym. Co ważne, ci ludzie przyjeżdżali tutaj przede wszystkim do pracy w kopalni. Nie chodziło tylko o zaprzyjaźnienie się z sąsiadem. Chodziło o to, żeby przeżyć pod ziemią. Pracując razem w tak ciężkich warunkach, musieli sobie ufać. Nieważne, jakim językiem mówili na początku – musieli znaleźć wspólny język. To jest bardzo mocno wpisane w historię Zagłębia Ruhry i tej dzielnicy. Dzisiaj tworzymy wydarzenia, podczas których ludzie nadal się spotykają i budują wspólne inicjatywy. Meczet organizuje co roku spotkania dla mieszkańców dzielnicy. Podczas Open House pokazujemy zarówno meczety, jak i kościoły. Organizujemy także dyskusje. Jeśli rozmawiamy o przekształcaniu terenów przemysłowych w mieszkaniowe, zapraszamy przedstawicieli muzeów, UNESCO, sąsiadów, architektów, inwestorów, profesorów. Wszyscy siadają przy jednym stole i rozmawiają. Mam poczucie, że to jest tutaj naprawdę głęboko zakorzenione. Często osoby z innych miast czy krajów pytają mnie, jak udaje mi się włączać różne kultury do naszych działań. A ja odpowiadam, że te kultury już tutaj są. My po prostu się znamy i spotykamy. Czasami wystarczy tylko wysłać odpowiedni sygnał. Na przykład pokazujemy pracownie artystów. Jest tam dwadzieścia osób – jedna pochodzi z Iranu, ktoś z Turcji, ktoś z Polski. Za każdym razem podczas oprowadzań mówimy: „Jeżeli chcecie, możemy zrobić je nie tylko po niemiecku czy angielsku, ale także po persku, turecku albo po polsku.” To jest taki nasz znak: „Jeśli tutaj mieszkasz, nawet jeśli świetnie mówisz po niemiecku, ale masz ochotę usłyszeć swój język albo po prostu porozmawiać po polsku – przyjdź. Zrobimy to.” To naprawdę bardzo dobrze tutaj funkcjonuje. Myślę jednak, że ma to swoje korzenie właśnie w historii kopalń. Ludzie po prostu musieli się poznać. Dzisiaj często jest już trzecie albo czwarte pokolenie mieszkańców. Dziecko, które idzie do szkoły i ma kolegę Niemca, Turka czy Polaka, dorasta już w rzeczywistości, w której jego dziadkowie nauczyli się żyć obok siebie. Oczywiście istnieją różnice kulturowe. Czasami to naprawdę drobiazgi. Na przykład ile czasu zajmuje wychodzenie z czyjegoś domu. Są kultury, w których wychodzi się przez godzinę, a są takie, gdzie mówi się po prostu „cześć” i już jest się za drzwiami. Ale ludzie tutaj wiedzą, jak funkcjonują ich sąsiedzi i po prostu to szanują.

Ania

A jak tobie przez te kilka lat – najpierw przy Open House, a teraz także prowadząc tę przestrzeń sztuki – udało się zdobyć zaufanie lokalnej społeczności? Bo przecież nie każdemu się to udaje. Czy masz jakiś pomysł albo receptę na to, jak zdobyć zaufanie lokalnej społeczności? Jak udaje ci się nawiązywać te kontakty?

Natalia

Wydaje mi się, że to jest po prostu coś, co robię i chyba nigdy nie było zaplanowane. Ale myślę, że najważniejsze jest to, że kiedy widzimy drugiego człowieka, to zawsze widzimy też jego historię. To znowu trochę przypomina ideę Open House. Kiedy pokazujemy jakiś budynek, nie spędzamy trzech godzin na opowiadaniu o detalach architektonicznych. Opowiadamy historię ludzi, którzy w tym budynku żyją albo coś w nim robią. To oni są gospodarzami tego miejsca. Tak było również z tym kościołem. Kiedy weszliśmy tu po raz pierwszy, gospodarzami byli ludzie z parafii i to oni opowiadali jego historię. Tak samo było w meczecie. To osoby związane z meczetem opowiadały, jak powstało to miejsce, jaka jest ich historia, jak tutaj przyjechali. Ten meczet znajduje się tuż obok. To jedna z pierwszych wspólnot tureckich w tej okolicy. Jest też jednym z pierwszych meczetów, który nie został wybudowany od podstaw, tylko powstał w dawnej restauracji. Czyli znowu mamy do czynienia z redevelopmentem przestrzeni. No i właśnie dlatego ciągle się tutaj spotykamy. Mamy też takie formaty, podczas których raz w miesiącu wszystkie osoby działające społecznie albo kulturalnie spotykają się na wspólnym lunchu. Nie po to, żeby planować wszystkie festiwale na kolejny rok, tylko po to, żeby po prostu usiąść razem przy stole i zjeść obiad. Tutaj naprawdę dużo dzieje się takich inicjatyw. Jeszcze jedna ważna rzecz. Kiedy weszliśmy do kościoła już jako instytucja sztuki, musieliśmy go przebudować. W momencie desakralizacji z kościoła muszą zniknąć krzyż, ołtarz i chrzcielnica. Nawet gdybyśmy nie chcieli, to jest obowiązkowe. Ludzie oczywiście to obserwowali. Znali nas już wcześniej, ale patrzyli, co zrobimy. W ogóle kiedy zamyka się kościół, wiele osób obawia się, że zostanie on zamknięty na zawsze albo po prostu zburzony. To jest pierwszy lęk. Później, kiedy dowiadują się, że budynek zostanie zachowany, pojawia się pytanie: „Co z nim będzie?”. Przez cały czas remontu ludzie zaglądali do środka. Pamiętam taki moment, kiedy pewien pan, chyba ponad dziewięćdziesięcioletni, szedł z laską do lekarza i zapytał, czy może zajrzeć do środka. Powiedziałam: „Oczywiście”. Rozejrzał się i powiedział: „Ale dobrze... dużo nie zmieniliście.” Dla mnie to było coś niezwykle ważnego. Za każdym razem, kiedy o tym opowiadam, mam gęsią skórkę. Bo takie momenty są dla mnie najważniejsze. Kiedy ktoś przychodzi i mówi: „Dobrze, że nie zrobiliście nic złego z miejscem, które jest dla mnie tak ważne.” Przecież mogliśmy postawić nowe ściany, przebudować całą przestrzeń. Oczywiście byłoby szkoda, bo to jest tak wspaniała architektura, że nie ma potrzeby jej zmieniać. Ale mimo wszystko musieliśmy wprowadzić pewne zmiany. Mamy tutaj jeszcze ochronę zabytków, która może wyrazić zgodę albo jej nie wyrazić. Największą zmianą było przywrócenie oryginalnego wyglądu okien. Kościół został wybudowany w latach pięćdziesiątych właśnie z takimi oknami, jakie widzimy dziś. Nawiązywały one do industrialnego charakteru regionu. Natomiast w latach osiemdziesiątych parafia postanowiła zwrócić się do architekta z prośbą o wykonanie witraży. Uznano, że skoro jest to kościół katolicki, to witraże są czymś naturalnym. Powstały więc kolorowe witraże, które same w sobie również były dziełem sztuki. Kiedy jednak wiedzieliśmy już, że będzie tu prezentowana sztuka współczesna, zdawaliśmy sobie sprawę, że te kolorowe okna nie będą się sprawdzały. W przestrzeni galerii było po prostu zbyt ciemno i światło miało zbyt intensywne kolory. Dostaliśmy zgodę konserwatora zabytków na ich demontaż, ponieważ zostały dodane dopiero w latach osiemdziesiątych. Postanowiliśmy wtedy podarować te witraże członkom parafii. Przez dwa dni każdy mógł przyjść i zabrać ze sobą fragment okna. To były takie kwadratowe elementy montowane w oknach.

Ania

Kiedy myślimy o witrażach, wyobrażamy sobie wielkie, kilkumetrowe kompozycje, jak w wielu polskich kościołach. Ale tutaj były mniejsze elementy?

Natalia

Tak. W każdym kwadratowym oknie znajdował się jeden kwadratowy fragment witraża. Miał mniej więcej 50 × 50.

Ania

Centymetrów?

Natalia

Tak, około pięćdziesięciu na pięćdziesiąt centymetrów, nie metrów. Dokładnie. Bardzo często było tak, że te elementy tworzyły całość, ale czasami każdy z nich stanowił już osobne, małe dzieło sztuki. Był na nim jakiś napis albo forma, która funkcjonowała samodzielnie. Nie wiedzieliśmy, ile osób przyjdzie. Przez te dwa dni odwiedziło nas około 200 osób. Każda z nich przyszła z własną historią. Dla nas bardzo ważne było usłyszenie tych historii, a dla nich ważne było to, że mogli zabrać do domu kawałek swojego kościoła. Później okazało się jeszcze, że osoby pamiętające montaż tych witraży w latach osiemdziesiątych opowiadały nam, że wtedy tylko jedna osoba dostała taki kwadrat na pamiątkę. Wszyscy bardzo chcieli mieć taki sam fragment, ale nie było to możliwe. I nagle, po czterdziestu latach, mogli go dostać. Później zaczęli przysyłać nam zdjęcia. Pokazywali, jak wykorzystali te fragmenty witraży – robili z nich lampy, wkomponowywali je w swoje domy jako elementy wystroju. Ostatnio jechałam ulicą i zobaczyłam taki kwadrat w czyimś oknie. Pomyślałam wtedy, że to wszystko naprawdę żyje dalej. My sami organizujemy warsztaty, podczas których również wykorzystujemy fragmenty tych witraży i wbudowujemy je w nowe projekty. Myślę, że właśnie o to chodzi – oni dają nam swoją historię, a my z szacunkiem dla ludzi, którzy to miejsce tworzyli, robimy z nią coś dalej. Dzisiaj oni już sami przychodzą ze swoimi pomysłami. Przychodzą na warsztaty, czasami pytają Stefana, który zajmuje się u nas sprawami technicznymi i jest stolarzem, czy pomógłby im naprawić coś drewnianego albo wspólnie coś zbudować. Naprawdę mam poczucie, że udało nam się stworzyć coś wyjątkowego razem z tymi ludźmi. Bo możemy mieć świetne pomysły i mówić, że chcemy robić coś dla społeczności, ale dopiero zbudowanie prawdziwej relacji i poczucie, że oni naprawdę współtworzą to miejsce, że przychodzą tutaj, że czują się jego częścią – to jest dla mnie sens tej pracy.

Ania

No właśnie, bo to jest stworzenie prawdziwej relacji, a nie tylko posługiwanie się hasłami, które pięknie brzmią, ale często nie mają pokrycia. Tutaj rzeczywiście widać wasze działania i to, co robicie dla lokalnej społeczności. To są bardzo konkretne rzeczy. Ludzie wiedzą, że mogą tu przyjść, porozmawiać z wami, poprosić o pomoc czy wsparcie. To jest właściwie kontynuacja tej wspólnotowości, która istniała wcześniej, kiedy był tutaj kościół. Wtedy też można było liczyć na wsparcie, a teraz, mimo że jest to przestrzeń sztuki, ta funkcja wciąż została zachowana.

Natalia

Tak. To było dla nas bardzo ważne, żeby naprawdę robić to razem z tymi ludźmi. Chodzi przecież o to, żeby do takich miejsc ludzie chcieli przychodzić. Mamy sąsiadów, ale mamy też osoby, które przyjeżdżają tutaj z Amsterdamu, Osnabrück, Berlina czy Gdańska. I właśnie o to chodziło – żeby stworzyć miejsce z własnym charakterem. To nie miała być wyłącznie galeria sztuki ani tylko dom sąsiedzki. Miało powstać miejsce, które będzie ważne zarówno dla mieszkańców tej dzielnicy, jak i dla osób przyjeżdżających z zewnątrz. Ta dzielnica przez wiele lat bardzo mocno odczuwała skutki przemian strukturalnych. Przez długi czas była postrzegana jako miejsce, do którego po prostu się nie jeździ.

Ania

To trochę jak Praga w Warszawie albo Dolne Miasto w Gdańsku. Dzielnice, które przez lata były zaniedbane i do których po prostu się nie chodziło. Wydawały się niebezpieczne, brzydkie albo po prostu nie było tam ciekawych miejsc. A później właśnie dzięki sztuce i działaniom artystycznym takie miejsca zaczynają się ożywiać.

Natalia

Tak. I właśnie w momencie, kiedy chcemy wysłuchać, co ci ludzie mają do powiedzenia, to my jesteśmy gośćmi, którzy tutaj przychodzą. To oni znają historię tego miejsca lepiej niż my wszyscy.

Ania

No właśnie. To też jest ważne, że nie wchodzicie z butami w ich przestrzeń i nie stawiacie czegoś, co jest im zupełnie obce. Jest w tym szacunek i taki gest zapraszający, pojednawczy. Oni nadal współtworzą tę przestrzeń, a wy wchodzicie do niej jako goście.

Natalia

Tak. I właśnie o to pytałaś wcześniej – jak udało mi się połączyć tych ludzi, jak udało się stworzyć to miejsce. Myślę, że cały czas wracamy do tego samego: do słuchania drugiej osoby. Każdy człowiek, którego spotykamy, ma swoją historię. I kiedy naprawdę jej wysłuchamy, to on nagle czuje: „Kurczę, ktoś chciał poznać moją historię”. Ci ludzie stają się ekspertami od miejsca, w którym my jesteśmy. Nie architekt, który zaprojektował budynek, ani autor książki o nim – oni oczywiście są ekspertami w swojej dziedzinie. Ale kiedy pytamy mieszkańca o jego historię, to właśnie on najlepiej zna to, co dzieje się za fasadą, za kulisami. I to on ma najciekawsze opowieści. Myślę, że to było bardzo ważne – nie tylko mogli opowiedzieć swoją historię, ale też zobaczyli, że ktoś naprawdę się nią interesuje. Być może wcześniej nawet nie zdawali sobie sprawy, że to jest ciekawa historia. Dla nich to było po prostu codzienne życie: tutaj chodziłem do kościoła, tutaj ochrzciło się moje dziecko, tutaj brałem ślub, tutaj pracowałem w kopalni. A nagle okazuje się, że inni ludzie chcą tego słuchać. I jednocześnie oni sami zaczynają słuchać historii innych osób.

Ania

Zauważyłam też, że program, który prezentujecie, opiera się na twórczości uznanych artystów światowej klasy, ale jednocześnie dobieracie tematy w taki sposób, żeby były bliskie zwykłym mieszkańcom tej dzielnicy. Dzięki temu mogą poczuć z tą sztuką jakąś relację i po prostu się z nią oswoić.

Natalia

Tak, bo tutaj dochodzimy do kwestii dostępności sztuki. Bardzo często są to osoby, które nie wychowały się w domu, gdzie chodziło się do muzeów czy galerii, gdzie na ścianach wisiała sztuka albo po prostu się o niej rozmawiało. Takie osoby często nie wiedzą, jak przekroczyć próg galerii. Zastanawiają się: czy ja muszę coś kupić? Czy ja się na tym znam? Czy to w ogóle jest dla mnie?

Ania

Albo: czy się nie ośmieszę? Czy nie zadam głupiego pytania?

Natalia

Dokładnie. A kiedy sztuka pojawia się w miejscu, które od sześćdziesięciu lat należy do tej osoby albo do jej rodziny – albo po prostu stoi w jej dzielnicy, na ulicy, którą codziennie mija w drodze do pracy – to ten lęk jest dużo mniejszy. Nie mówimy przecież tylko o osobach związanych z tą parafią. To jest po prostu budynek w mojej dzielnicy. Znam go od lat. Przechodzę obok niego codziennie. Dlatego łatwiej jest wejść do środka, nawet jeśli prezentujemy tam sztukę wysoką. A kiedy okazuje się jeszcze, że po wejściu ktoś po prostu zaprasza cię do wspólnego stołu i będzie z tobą jadł kanapki, to ta bariera znika jeszcze bardziej. Teraz właśnie ruszamy z pierwszą edycją naszego cyklu „Sztuka i kanapki”. Naprawdę będziemy siedzieć przy jednym stole z uznaną na świecie chińsko-niemiecką artystką Jinyong Lian i jej kuratorem Kolmarem Schulte-Goltzem, który jest znaną postacią telewizyjną, ale jednocześnie pochodzi z Essen. I będziemy po prostu siedzieć razem, jeść kanapki i rozmawiać o sztuce. Sposób, w jaki to robimy, i miejsce, w którym to robimy, są naprawdę bardzo zapraszające dla wszystkich. Ci ludzie już tutaj byli, więc już się nie boją. Nie boją się po prostu wejść i zjeść kanapki. Zresztą jedli je tutaj już wcześniej, bo ten kościół jest tak zaprojektowany, że w tej części na niższym poziomie od zawsze stały stoły. Ludzie spotykali się tam, pili kawę, jedli ciasto, jedli kanapki. Więc to też nie jest dla nich nic nowego.

Ania

Mhm. [dźwięk dżingla]

Ania

To była pierwsza część rozmowy z Natalią Tarantą o tworzeniu miejsca sztuki, które nie tylko prezentuje wystawy sztuki współczesnej, ale przede wszystkim buduje relacje. Rozmawiałyśmy o Kunstraum Heilig Geist, o festiwalu Open House Essen, o budowaniu inicjatyw od podstaw i o tym, jak z szacunkiem podchodzić do historii miejsc, nawet wtedy, gdy zmienia się ich funkcja. W kolejnym odcinku wrócimy do Essen i do tej rozmowy, by przyjrzeć się bliżej modelom dostępności, międzykulturowej współpracy oraz przyszłości przestrzeni sztuki w Europie. Jeśli ten odcinek był dla Ciebie inspirujący, udostępnij go dalej. Zostaw komentarz lub ocenę na platformie, na której słuchasz ArteCastu, i obserwuj nasze media społecznościowe. Znajdziesz tam dodatkowe materiały, zdjęcia oraz informacje o kolejnych odcinkach. Zachęcam Cię również do śledzenia działań Natalii Taranty, Kunstraum Heilig Geist oraz festiwalu Open House Essen. Linki znajdziesz w opisie odcinka. ArteCast powstaje w ramach stypendium KPO dla Kultury, programu wspierającego rozwój i profesjonalizację niezależnych inicjatyw kulturalnych. Dziękuję za wspólnie spędzony czas i uwagę. Do usłyszenia już niebawem w kolejnej części ArteCastu.