Przejdź do głównej treści

ArteCast · Transkrypcja

AURELIA & ZWEI FRAUEN: Radość w projektowaniu

Prowadząca: Anna Szynwelska

ArteCast, podcast o sztuce współczesnej.

[dżingiel]

[gwar, wesołe głosy kobiet, rozmowy w pośpiechu, zamieszanie]

- O, przepraszam, teraz idzie Alena. - Okej, - ...już, już, jestem, jestem. - muszę wziąć swoje jedzenie. - Mam panią klientkę na dole. - Aha. - No to już pędź. Dziękuję, Alenka, do zobaczenia. Widzimy się. O 12 mam klientkę... - Słuchajcie, no po prostu... Wyłączyłam telefon i on cały czas dzwoni. No dobrze, już nie dzwoni...

[dżingiel]

INTRO (Ania)

Witam w kolejnym odcinku naszego podcastu o sztuce, także tej użytkowej. Przed chwilą usłyszeliście zajawkę intensywnej atmosfery panującej w pracowni mojej dzisiejszej bohaterki. Ruch jak na marszałkowskiej, twórczy chaos, wrzenie artystyczne i wymiana pozytywnej energii. Moją gościnią jest Aurelia, współtwórczyni duetu Aurelia & Zwei Frauen. Jest to marka, która wyrasta z emocji, dialogu i wspólnego myślenia o przedmiotach jako czymś więcej niż tylko funkcjonalnych formach. Jest to autorski projekt tworzony przez dwie kobiety, które łączą rzemiosło, projektowanie i artystyczną wrażliwość. Ich obiekty powstają powoli, ręcznie, w bliskiej relacji z materiałem, bez masowej produkcji, za to z ogromną uważnością na detal, fakturę i kontekst. To marka głęboko zakorzeniona w lokalności, w miejscu, w którym się tworzy, w rytmie codziennej pracy, w kontakcie z naturą i otoczeniem. Każdy model, który projektują niesie w sobie coś bardzo osobistego, historię procesu, decyzji, prób i błędów.

Tak więc w dzisiejszej rozmowie porozmawiamy o tym, jak rodzi się autorska marka i czy zawsze wiadomo, dokąd ona zmierza, jak wygląda codzienność twórcza osób działających na styku sztuki i designu i co daje, a co odbiera praca w siostrzanym duecie. To będzie rozmowa o odklejeniu się od schematów, zaznaczaniu granic, odpowiedzialnej modzie, o designie jako opowieści, o kobiecej sprawczości i zaufaniu do siebie nawzajem i do materiału.

Zapraszam do słuchania.

[dżingiel]

Ania

Jesteśmy dzisiaj w pracowni marki Aurelia & Zwei Frauen. Może zacznijmy od pytania podstawowego. Jak narodziła się marka Aurelia & Zwei Frauen i w ogóle jak nazwę prawidłowo wymawiać?

Aurelia

Marka narodziła się pięć lat temu. Oczywiście dzisiaj ludzie pytają nas, czy to było wykalkulowane, że poszłyśmy w model kimon, których jeszcze wtedy nie było na rynku. Nie, nic nie było wykalkulowane. To była taka, mam wrażenie, siostrzana idea, która pracowała w nas aż do czterdziestego roku życia, bo mam siostrę bliźniaczkę Izę, z którą prowadzimy firmę. I ona po prostu rozkwitła w dobrym momencie. Ten dobry moment przyczynił się do tego, że połączyłyśmy siły. Jak się wymawia Aurelia & Zwei Frauen? To zawsze pozostawiamy odbiorcy. Jest to pewnego rodzaju pastisz, bo utożsamienie, wrzucenie do nazwy marki takiego niemieckiego brzmienia nadaje jej, w moim przekonaniu, pewnej powagi, odpowiedzialności i solidności kojarzonej z niemieckimi markami. Dzisiaj może być to różnie rozumiane, ale mam wrażenie, że ta nazwa się nie zestarzeje. A może się zestarzeje, zobaczymy. Dobrze. Jakie było pytanie?

Ania

No w ogóle skąd ta nazwa? Bo powiedziałaś o Zwei Frauen, że to jest ten taki ordung, porządek.

Aurelia

Pytasz, Ania, o nazwę, tak? To jest w ogóle niesamowita historia. W duecie z Izą działamy od pięciu lat jako Aurelia & Zwei Frauen, ale tak naprawdę już co najmniej dziesięć lat temu rozpoczęłyśmy przygodę z upcyklingiem mebli i wtedy nazwałyśmy się Zwei Frauen, czyli „dwie kobiety”. Nie chciałyśmy wtedy budzić kontrowersji ani jednoznacznych skojarzeń z naszą relacją, która była dla nas wówczas dosyć trudna – tą bliźniaczą relacją. Powstał więc duet, który odnawiał meble. Odnawiałyśmy meble, krzesła, obrazy, dekory ścienne – komercyjnie, ale też brałyśmy udział w warsztatach edukacyjnych i festiwalach. Brałyśmy udział w różnych warsztatach edukacyjnych i festiwalach plenerowych. Wówczas Instytut Kultury Miejskiej organizował festiwal…

Ania

Streetwaves?

Aurelia

Streetwaves, tak. Tak, pamiętam to. Byłyśmy wtedy na Przeróbce. I kiedy dziś ktoś pyta, jak długo działamy razem, odpowiadamy, że właściwie już piętnaście lat. Często pada też pytanie, skąd w ogóle pomysł na upcykling. A ja zawsze mówię, że to było w nas bardzo organiczne. Wynikało z dzieciństwa i z tego, że w naszym domu było bardzo dużo pracy ręcznej. Taką królową upcyklingu była nasza babcia. Szyła ręcznie, szyła nawet nasze sukienki komunijne. Od zawsze potrafiłyśmy zrobić coś z niczego. To było dla nas naturalne, trudno to nawet jakoś szczególnie nazwać. Dziesięć lat temu był to naprawdę kosmiczny temat. Pamiętam, jak po raz pierwszy wystawiłyśmy się na Jarmarku Dominikańskim. Miałyśmy swoje stoisko, przygotowałyśmy dekory ścienne, a nawet recyklingowałyśmy mydła. Powstawały z tego bardzo ciekawe formy, ale dla odbiorców było to wtedy kompletnie nie do przetrawienia intelektualnie. W pewnym momencie idea duetu meblarskiego, przerabiania i odsprzedaży mebli zaczęła wygasać. Po około ośmiu–dziesięciu latach ten etap się zakończył. Zawsze robiłyśmy to hobbystycznie, równolegle pracując na etatach. A ci, którzy pracują na etacie i jednocześnie prowadzą własną markę, wiedzą, że czasami bardzo trudno to pogodzić. I wtedy, mniej więcej w połowie życia, kosmos pozwolił nam spotkać się na nowo. Tak spotkać, że od razu zaowocowało to rozwojem marki.

Ania

A skąd „Aurelia”?

Aurelia

To jest dla mnie bardzo intymne pytanie. Ta Aurelia była trochę moim kryzysem wieku średniego. To była potrzeba bycia autentyczną, poszukania siebie, odklejenia się od schematów, w których funkcjonowałam przez kilkanaście czy dwadzieścia lat pracy zawodowej. Takiego utożsamiania się z tym, co wykonuję, i trochę porzucenia samej siebie. Więc Aurelia była dla mnie podróżą do siebie. A historia samego imienia jest bardzo prosta. Mieszkałam kiedyś w Nowym Porcie, w rewitalizowanej dzielnicy. Poszłam na pocztę i przede mną stała pani Aurelia. Dowiedziałam się, jak ma na imię, bo akurat opłacała rachunek telefoniczny i miała rozłożony dowód osobisty. Była tak uroczą postacią, tak silną kobietą, ewidentnie po osiemdziesiątce. Bardzo kokieteryjną, zaznaczającą swoje granice nawet na tej poczcie. I wtedy pomyślałam sobie, że bardzo chciałabym być taką kobietą, mając osiemdziesiąt lat. Od tamtego momentu imię Aurelia stało się dla mnie synonimem odwagi osobistej i zaznaczania granic. I stąd wziął się duet Aurelia & Zwei Frauen. To zupełnie niekomercyjna nazwa. Zdajemy sobie sprawę, że być może firma powinna nazywać się bardziej komercyjnie, ale tak czułyśmy i tak zrobiłyśmy.

Ania

Ale nazwa jest na pewno rozpoznawalna i charakterystyczna.

Aurelia

Mam nadzieję. Chociaż zawsze pojawia się pytanie, jak ją wymawiać. Kiedy jesteśmy na przykład na targach w Czechach, ludzie pytają, czy jesteśmy marką z Niemiec, albo czy mamy niemieckiego inwestora.

Ania

I co wtedy odpowiadasz?

Aurelia

Czasami mówię, że tak, a czasami, że nie. To daje dużą swobodę interpretacji i otwiera naprawdę wiele ciekawych rozmów.

Ania

No tak, bo już sama nazwa wzbudza zaciekawienie. Jest punktem wyjścia do rozmowy i do tego, żeby dowiedzieć się więcej o tym, co robicie i skąd to wszystko się wzięło.

Aurelia

Tak, zdecydowanie. To taki klucz, który otwiera rozmowę. I w sumie bardzo dobrze się wydarzyło.

Ania

Powiedziałaś, że wszystko zaczęło się od upcyklingu mebli, mydeł i różnych przedmiotów. Jak to ewoluowało w stronę tkanin, ubrań i stworzenia marki odzieżowej?

Aurelia

To znowu wydarzyło się bardzo organicznie. Od dzieciństwa z Izą przerabiałyśmy ubrania. Nasz dom był bardzo twórczy i artystyczny. Babcia była krawcową, szyła ręcznie. Mieszkała w Poznaniu, więc każde wakacje spędzałyśmy na Wildzie. To było prawdziwe sanktuarium autorskości. Zakup guzika potrafił być wydarzeniem. Babcia była bardzo elegancką kobietą, chodziła w lakierkach, regularnie odwiedzała fryzjera. To był dom skupiony na artyzmie, ale też na uważności wobec ubrania. Myślę, że wyprzedzała swoje czasy. Dorastałyśmy w szacunku do tkaniny i to naturalnie się w nas rozwijało. Później, jeszcze pracując zawodowo, rozpoczęłam studia z kostiumografii i projektowania ubioru. Wybrałam uczelnię współpracującą z uczelnią w Portugalii. Jeździliśmy tam na dwutygodniowe staże. Była to szkoła specjalizująca się w etyce w modzie. Duży wpływ miała też Magdalena Płonka z MSKPU w Warszawie, jedna z pierwszych osób w Polsce zajmujących się tematyką odpowiedzialnej mody. To wszystko bardzo otworzyło mi oczy. Zobaczyłam, że moja uważność na tkaniny i to, jak bardzo lubię z nimi pracować, spotkały się z dobrym momentem na pogłębienie tego tematu. Po prostu nadałyśmy naszej pasji formę. Założyłyśmy markę i zaczęłyśmy robić na większą skalę to, co wcześniej robiłyśmy dla siebie albo dla znajomych. I okazało się, że był to naprawdę dobry moment.

Ania

Wspominałaś kiedyś, że takim przełomowym momentem w waszej działalności było pojawienie się w telewizji.

Aurelia

Tak, to była taka sytuacja, ponieważ od początku wiedziałyśmy, że nie mając dużego zaplecza finansowego, jedyną szansą na popularność i komercjalizację tej firmy był Instagram, który wówczas jeszcze raczkował. Także idea tygodniowych dropów nie była wtedy jeszcze upowszechniona. Rozpoczęłyśmy więc promocję i sprzedaż przez Instagrama, a także prezentowanie wszystkich wzorów tkanin, które zbierałyśmy. Wokół tego było naprawdę dużo pracy. To były autorskie tkaniny, pojedyncze sztuki, które wystawiałyśmy na Instagramie. I słuchajcie, po pół roku, a może nawet niecałym pół roku - musiałabym sprawdzić maile - odezwała się redaktorka programu „Dzień Dobry TVN”. Powiedziała, że bardzo chciałaby przyjechać do Gdyni i zrobić materiał o siostrach, które przerabiają ubrania i pogłębiają temat upcyklingu. To był dobry moment zarówno dla nas, jak i dla rozpoczęcia szerszej dyskusji społecznej o tym, czy moda rzeczywiście idzie w tym kierunku i czy warto tą drogą podążać.

Ania

Czyli co? Przyjeżdża pani z telewizji, robi z wami materiał, pokazuje od zaplecza to, co robicie. I jak później toczy się ta historia?

Aurelia

To jest niesamowite, ponieważ na początku miałyśmy do tego wszystkiego dość ograniczoną wiarę. To było dla nas bardzo pasjonujące, ale liczby nigdy nie były naszą mocną stroną. Niczego nie kalkulowałyśmy, nie przeliczałyśmy. Potrafiłyśmy poświęcić trzy godziny na jedno kimono. Uwierzcie mi, że gdybyśmy miały stworzyć jedną kolekcję, to chodziłybyśmy wokół dwóch czy trzech kimon, dopracowując je bez końca. Wystawiałyśmy później te modele i miałyśmy z tego po prostu ogromną radochę. Wracając do pytania - przyjeżdża redaktorka „Dzień Dobry TVN” i organizujemy takie spotkanie. Potraktowałyśmy to bardzo relacyjnie. Zaprosiłyśmy Martę Frej i Halo Kultura. Powstał większy, około czterdziestominutowy dokument o młodym pokoleniu, a właściwie o mieszkankach i mieszkańcach Gdyni, którzy wracają tutaj w pewnym momencie życia i rozpoczynają własne, autorskie działania. I słuchajcie, po publikacji tego materiału w „Dzień Dobry TVN”, dosłownie w jeden wieczór zaczęło nam przybywać mnóstwo obserwujących. Nie pamiętam już dokładnych liczb, ale był to ogromny skok. Rozpoczęłyśmy też sprzedaż na dużo większą skalę, a wraz z nią pojawiły się kolejne przygody. Przede wszystkim nie byłyśmy przygotowane na sprzedaż w takim wymiarze. Nie byłyśmy przygotowane na to, czym jest VAT, netto, brutto czy prowadzenie firmy. Ale to już zupełnie inna historia.

Ania

Na inny odcinek.

Aurelia

Ale jednocześnie jest to bardzo istotna i wspaniała historia. Też taka, która pokazuje, że życie czasem ma dla nas własny scenariusz. Można przez lata bić głową w ścianę i szukać rozwiązań, ale potem przychodzi właściwy moment. Masz w sobie siłę, chęć i intencję do działania, a kosmos oddaje to stukrotnie. Wspaniale. A może przejdźmy do waszego procesu twórczego i rzemiosła. Chciałam cię zapytać, jak wygląda wasz proces projektowy – od pomysłu do gotowego projektu?

Aurelia

To właściwie zależy od tego, o czym dokładnie mówimy, bo nasza oferta skupiona jest wokół wzorów i marka jest rozpoznawalna przede wszystkim dzięki paternom. Te wzory są projektowane przez nasze graficzki we współpracy z nami. Pracowały z nami między innymi uznane ilustratorki i graficzki: Ania Rudak, Ola Majzel, a wcześniej także Agata Stasi, która obecnie mieszka w Montrealu. To bardzo zdolne osoby, które projektują dla nas wzory. W przypadku tej części naszej działalności proces wygląda trochę inaczej niż przy pracy z gotową tkaniną ze stoku. Tworzenie paternu zawsze wiąże się z jakąś historią. Lubimy opowiadać historie poprzez tkaninę i to zawsze jest dla nas punktem wyjścia. Na przykład we współpracy z Olą Majzel, która trwa już kilka lat, zderzyłyśmy się z wyobrażeniem historii zapisanej na tkaninie – zawsze trochę onirycznej, dwuznacznej, zapraszającej do zupełnie innego świata. To było bardzo po mojej myśli i bardzo lubiłam taką narrację. Pracujemy więc nad jakimś paternem i powiedzmy, że staje się on głównym programem oferty wiosennej. Wokół niego budujemy resztę kolekcji – basic’i, ale też rzeczy, które zderzają się z tym wyobrażeniem i narracją produktu. Mam teraz przed oczami pattern „Sakramento”. To historia dwóch kobiet i ostatni projekt, który stworzyłyśmy z Olą. To opowieść o krainie, której prawdopodobnie nie znajdziecie na mapie, bo jej po prostu nie ma. Tych kobiet też nie znajdziecie, ale tak „usiadły” na tkaninie, że powstała górska historia, która przenosi nas zupełnie do innego świata. Wokół tego zbudowałyśmy cały drop. Tkaniny w sukienkach były lekko przeskalowane, trochę oniryczne. Głównym elementem jest więc pattern, wokół którego budujemy historię całej kolekcji. Natomiast jeśli pracujemy z tkaninami z beli, to dla mnie – bo są różne szkoły – najważniejsza jest sama tkanina. Najpierw ją widzę i myślę sobie, co mogę z niej zrobić, co do niej pasuje. Obecnie pracujemy nad dropem wiosennym skupionym wokół romantycznego eskapizmu i podróży w stronę renesansu oraz lekkiej barokowości w tkaninach. Będzie trochę koronek, falbanek, taka historia, która po latach odzieży basicowej trochę nas odciąża. Bardzo dużo poszukujemy też różnych tkanin ze stocków, od osób, które je oddają. Nasz proces wygląda tak, że nie mamy dużych stanów magazynowych, bo takie jest założenie marki: mniej znaczy lepiej. Mamy natomiast różnorodne projekty w małych ilościach, na przykład po sto metrów tkaniny, czasem osiemdziesiąt. Jeśli jest piękna, to skupuję ją skądkolwiek. Ci, którzy projektują odzież, wiedzą, że bardzo ciężko znaleźć naprawdę fajną tkaninę. Szukamy ich więc czasami na OLX-ie, czasami na eBayu. Z każdą tkaniną wiążą się różne historie. Na przykład część „Belgijek”, czyli produktu, który powstał w Antwerpii, pozyskałyśmy ze stoków Driesa Van Notena od kobiety, która prowadziła sklep z odzieżą używaną przy naszej ulicy. Odsprzedała mi część tych stoków i to było wielkie święto, bo były to stuprocentowe wełny z lat osiemdziesiątych. Z nich powstały pierwsze modele Belgijek – stąd właśnie ich nazwa. Mogłabym o każdym projekcie opowiadać osobno: skąd się wziął i jak wyglądał proces produkcyjny. Ale na pewno idea jest taka, żeby robić mniej, a nie więcej. Tkanina jest bardzo ważna. Nawet jeśli nie jest projektowana, to ta ze stoków również musi być interesująca, mieć ciekawą fakturę, odpowiedni kolor, gęstość czy gramaturę.

Ania

Tak. I też ważne jest dla was na pewno to, żeby były to tkaniny naturalne.

Aurelia

Tak, oczywiście. Nawet o tym nie wspominam, bo jest to dla mnie tak oczywiste. Aczkolwiek zaczynam też patrzeć na to trochę inaczej. Widzę na przykład marki skandynawskie i projekty, o których może nie mówi się głośno, bo nie jest to do końca poprawne politycznie, ale są rzeczy, które po prostu lepiej trzymają formę na poliestrze. Czy to jest dyskusyjne? Pewnie tak, ale tak właśnie jest. Dlatego część sukienek robi się z poliestru z recyklingu, a podszewki są jedwabne albo bawełniane. Te tkaniny po prostu trzymają formę i tego nic nie zmieni. Mogłabym wymienić wiele dużych skandynawskich marek, które opierają się właśnie na poliestrze z recyklingu. Czy to jest greenwashing? Moglibyśmy o tym rozmawiać. Natomiast w naszej marce stawiamy głównie na tkaniny naturalne. To jest wiskoza, bawełna, tylko certyfikowana. Z taką tkaniną pracuje się zupełnie inaczej. Nie mówiąc już o stronie etycznej, która jest dla nas oczywista. Po prostu inaczej się ją kroi, inaczej się układa, jest bardziej wydajna pod wieloma względami. Ale po latach pracy uważam, że każdy projekt funkcjonuje w pewnych ramach i bardzo dużo zależy właśnie od tkaniny. To ona w dużej mierze decyduje o tym, w jakim kierunku podąży produkt i jak będzie się układał. Nie chcę też prowadzić jakiegoś greenwashingu i opowiadać wyłącznie o ekologicznej modzie, choć jest ona bardzo istotna. Uważam jednak, że jeśli chcemy uzyskać konkretny efekt, czasami bardziej wybiegowy, niekoniecznie produkowany na dużą skalę, to pewne zabiegi bywają potrzebne.

Anna

Chciałam jeszcze wrócić do tego, o czym wspomniałaś wcześniej, że każda wasza kolekcja jest jakąś opowieścią, ma swój temat przewodni. Myślę, że to piękne, że jest to taka forma storytellingu poprzez tkaniny, wzory i wszystko, co tworzycie.

Aurelia

Patrzę teraz po pracowni, na wieszaki z modelami z różnych kolekcji i sezonów, żeby przypomnieć sobie te wszystkie dropy. Tak, to jest wiele czynników. Ta autorskość jest po prostu wpisana w nas. Miałyśmy kiedyś coacha, dużego gracza na rynku, który próbował nam wytłumaczyć, że to się nie opłaca, że nie ma przyszłości i że jest nierentowne. Ale jakoś nie umiemy odpuścić tej autorskości. Nie wyobrażam sobie szycia z beli kolejnego basicu w kolejnym kolorze, na pewno czekoladowym, bo akurat jest w trendach. To jest po prostu wpisane w tę markę i z nami zostanie. Oczywiście chcemy rozwijać biznes, ale nie kosztem naszego wyobrażenia o modzie. I zawsze jest w tym coś więcej niż sama tkanina. Jest historia. Ona nas zasysa, prowadzi w różne kierunki. Próbuję sobie przypomnieć kolejne projekty. Było „Sakramento”, było „Downton Abbey”. Właściwie pierwszą taką historią opartą na storytellingu było właśnie „Downton Abbey”. Inspiracja serialem jest tutaj oczywista. Ja bardzo kocham brytyjską wieś, Anglię i brytyjskie seriale, nawet te spokojne, jak „Downton Abbey”. To było też widoczne w ostatniej kolekcji, gdzie powstał płaszcz Cambridge i drop oparty na kryzie. To ewidentnie moja fascynacja Anglią. Fajnie, że zderza się ona z obecnymi trendami, bo to mnie cieszy. Ale wracając do rzeczy, to była pierwsza taka historia. I wiecie co? To daje dużo radości zarówno nam, jak i odbiorcom. Oni też odnajdują w tych historiach czasami siebie. My z kolei przypominamy sobie, że każda tkanina przenosi nas do konkretnego momentu w historii marki. A pod koniec roku wszystkie te historie układają się w jedną całość. To jest naprawdę niewyobrażalne.

Anna

No tak, bo to jest trochę historia waszego życia zapisana w tych projektach.

Aurelia

Tak, i też historia tego, w jakim momencie jesteśmy. To jest taka mistyczność tego działania. Coś, co jest trochę poza nami. Teraz, kiedy opowiadam o „Sakramento”, myślę o tym, że jest przecież miejscowość o tej nazwie w Stanach, ale jest też to „sakro”. Na tej tkaninie są dwie kobiety i kościół. Właściwie może to być kościół, może synagoga, może jakieś inne miejsce święte. Są góry, są jelonki. Ta sakralność jest dla mnie też jakimś elementem końcówki roku. Dużo mi mówi o mnie samej. O potrzebie zatrzymania się, refleksji, a także bardziej uważnego i bardziej szczegółowego podejścia do mody.

Anna

No tak, bo jest w tym też element uduchowienia.

Aurelia

Tak, zdecydowanie. Ubrania i tkaniny są jakimś nośnikiem emocji. Właściwie można powiedzieć, że bardzo mocno opieramy się właśnie na emocjach. Projektując i oddając rzeczy klientom, wywołujemy albo bardzo pozytywne, albo czasem negatywne reakcje. Ale to nigdy nie pozostaje obojętne. Myślę, że to jest wpisane w DNA marki.

Ania

A jak reagują odbiorcy? Zaskakuje was czasem sposób, w jaki odczytują wasze projekty albo je interpretują?

Aurelia

Tak, jest tu bardzo dużo kontekstów. Zazwyczaj wygląda to tak, że jeśli nasza estetyka jest komuś bliska i ktoś za nią podąża, to te ubrania budzą bardzo pozytywne emocje. Mam wrażenie, że ludzie czują się w nich bardziej autentyczni, bardziej się otwierają. Te wzory są bliskie człowiekowi, są ekologiczne, czasem bardzo trafiają w sedno. Ale oczywiście były też projekty, które budziły kontrowersje. Na przykład bluza „Limbo” z autorskim wzorem Ani Lubek, świetnej graficzki i ilustratorki. Limbo to przecież otchłań – miejsce, do którego dusza nie trafia ani do piekła, ani do nieba, tylko gdzieś wisi w otchłani, czyli jest jakby w takiej fazie liminarnej, w nicości, w niebycie...

Ania

...w zawieszeniu.

Aurelia

W zawieszeniu. Sama zaczęłam zgłębiać ten temat już po wprowadzeniu produktu do sklepu. Motyw okazał się bardzo ciekawy, bo klientki zaczęły analizować ten nadruk. Na plecach były dwie kobiety, takie dwie Ewy, trzymające jedno wspólne jabłko. Z przodu natomiast znajdowało się hasło „Limbo”, czyli właśnie otchłań. I rzeczywiście, chyba po raz pierwszy, i szczerze mówiąc ostatni, miałyśmy sytuację, w której poszczególne klientki, zgłębiając temat „Limbo” oddały ten model – były zwroty z tego powodu. Więc to też nas dużo nauczyło. Nauczyło mnie, że niektóre wzory są niekomercyjne, że być może są bardziej art fashion niż fashion, że wymagają dużej odwagi, aczkolwiek tutaj odwagi nam nie brakuje. Mam poczucie, że niektóre projekty są bardziej art fashion niż fashion, aczkolwiek warto doświadczać. Szczerze mówiąc, nas to nie ogranicza. Lubimy zgłębiać także te trudniejsze tematy, choć rzeczywiście są to projekty, które wymagają takiej cywilnej odwagi, żeby je nosić na sobie.

Ania

No tak, bo to jest jednak też jakaś deklaracja.

Aurelia

To jest deklaracja. Tak, tak, tak.

Ania

Siedzimy tutaj w waszej pracowni, więc otaczają mnie te wszystkie piękne tkaniny. Ta tkanina z końmi to jest projekt Ani Rudak, tak?

Aurelia

Tak, to jest projekt Ani Rudak. Historia z końmi jest bardzo istotna w rozwoju marki. Ania Rudak to naprawdę bardzo zdolna ilustratorka, która funkcjonuje na polskim rynku już od kilku dobrych lat. Zaproponowała nam, żebyśmy uszyły jej kimono ze wzorem w konie. Docelowo wysłała do nas dwa metry tej tkaniny. My zobaczyłyśmy te konie i oszalałyśmy. Po prostu tak bardzo spodobał nam się ten projekt, że w ten sposób zawiązała się współpraca z Anią. Jestem wręcz przekonana, że ona była gdzieś zapisana i po prostu musiała się wydarzyć. To był nowy rozdział dla marki. Zdecydowanie. Współpraca z Anią sprawiła, że te konie galopują z nami do dziś. Mówię, że one naprawdę galopują, bo kiedy próbujemy wycofać ten wzór z oferty, nie ma takiej możliwości. Od razu pojawiają się maile, pytania i telefony o to, kiedy pattern wróci. W końcu po prostu się poddałyśmy i uznałyśmy, że jest królem patternów i musi być w sklepie.

Ania

Przyznam, że też mam kimono z końmi. Co prawda kupiłam je z drugiej ręki, ale ono też jest dla mnie bardzo ważne.

Aurelia

To kimono otworzyło nam bardzo dużo dróg. Wiele autorek, pisarek i osób ze świata kultury pomogło nam wypromować ten model. To były naprawdę silne kobiety i miałam poczucie, że ten wzór jakoś z nimi rezonował. Jest w nim coś takiego, co daje wolność. Zdecydowanie zaznacza obecność osoby, która go nosi, bo jest dosyć wyrazisty. Jednocześnie harmonia beżu i czerni dodaje mu balansu. To bardzo zbalansowany wzór. I tu wielkie brawa dla Ani.

Ania

Tak. No i jeszcze te promienie słoneczne czy ogień, które dodatkowo dodają mu siły i magii.

Aurelia

Magii, tak. Wzory Ani Rudak są bardzo mistyczne. Zdecydowanie ma ona wierne klientki i fanki swoich projektów. Najpierw były Konie, później Kosmos – projekt, który, jeśli dobrze pamiętam, miał premierę już cztery lata temu, właśnie w grudniu. On idealnie zderzył się z grudniową nocą. To był przepiękny wzór. W tej chwili nie ma go w sklepie, ale być może jeszcze do niego wrócimy i zrobimy jakiś remake. Potem pojawił się Shroomland, czyli projekt Grzyby, który też bardzo się spodobał. Taki hipisowski, bardzo fajny pattern. Ostatnim projektem Ani był Haust – papierowy, bardzo szczegółowy, bardzo precyzyjnie narysowany.

Ania

Powiedz mi, jak się czujesz, prowadząc markę razem z siostrą? W dodatku z siostrą bliźniaczką. Jak wam się układa współpraca? Wiadomo, między siostrami bywa różnie.

Aurelia

To znaczy... jest tu znowu bardzo dużo kontekstów. Z siostrą jest coraz lepiej, że tak powiem. Początki nie były łatwe. Wcześniej nasze drogi trochę się schodziły i rozchodziły, bo równolegle prowadziłyśmy też nasz własny duet. Natomiast kiedy te relacje się zawęziły, a trzeba pamiętać, że funkcjonujemy bardzo blisko siebie, bo mamy rodzinną kamienicę, pracownię na dole, ja mam mieszkanie, a pode mną mieszka moja siostra – to zrobił się naprawdę bardzo zawężony temat. To trwa już pięć lat, więc zdążyłyśmy się do siebie ułożyć i podzielić obowiązki. Chociaż mamy raczej ogniste temperamenty. Najpierw więc wylewamy, że tak powiem, żółć na stół, ale to szybko mija. Relacja siostrzana to jednak coś specyficznego. Każdy, kto ma siostrę, a szczególnie bliźniaczkę czy bliźniaka, wie, że to jest ciągłe ścieranie się różnych osobowości. Zewnętrznie często opieramy się na podobieństwach, ale wewnętrznie bywamy zupełnie różnymi osobami. U nas jest podobnie. Chciałabym też wspomnieć o samym prowadzeniu autorskiej marki w Polsce. Jesteśmy trochę taką marką w szpagacie, można powiedzieć. Byłyśmy jedną z pierwszych marek upcyklingowych, które rozwijały ten temat, opowiadały o nim i budowały wokół niego swoją ofertę, a później także wokół autorskości. Zauważam bardzo dużą dynamikę rozwoju polskich marek autorskich i w ogóle zmianę tego, w jakim kierunku idzie moda w Polsce. Od autorskości znowu wracamy do sieciówek. Mam wrażenie, że, wbrew przekonaniom i deklaracjom Polaków, nadal następuje odwrót w kierunku ceny. Ten wskaźnik cenowy jest bardzo istotny. Znowu królują na polskiej scenie sieciówki. Nawet Shein i Temu. Europa zaczyna już regulować te zachowania konsumenckie, szczególnie odgórnie, ale w Polsce mam wrażenie, że dopiero się to rozwija. Powstają sklepy – z tego, co słyszałam, Shein otworzył nawet sklep gdzieś w centralnej Polsce. Więc ten wskaźnik ceny jest bardzo ważny. Coraz bardziej mam wrażenie, że coś się pozmieniało. W okresie pandemicznym mieliśmy takie przekonanie, że to już koniec, że pewne rzeczy się wypaliły. Było to widoczne w sprzedaży, w reakcjach klientów i w ich dociekliwości, jeśli chodzi o skład tkanin. Teraz jednak do gry weszło nowe pokolenie. Nie wiem, czy to już generacja Alfa, musiałabym o tym poczytać, ale te zachowania konsumenckie są zupełnie inne. Mam wrażenie, że marki slow fashion same stają się fast fashion. Pomimo różnych deklaracji rynek napędza tworzenie nowych dropów, nawet w markach autorskich. Żeby nie zgubić się w tłumie, narzuca taki bieg, w którym musisz wypuszczać nowe kolekcje, żeby po prostu nie utonąć na rynku. Bardzo dużo dzieje się zarówno na poziomie deklaracji, jak i czynów. Często jest to bardzo rozbieżne. Bardzo mnie ciekawi i zaskakuje, w jakim kierunku to wszystko zmierza. Do tego dochodzi jeszcze AI i sztuczna inteligencja, które napędzają taką trochę fejkową naturę mody. Nie wiadomo już tak naprawdę, czy coś zostało wykonane pracą ludzkich rąk. Mówię tu choćby o kampaniach reklamowych. Czy to jest twój wytwór, czy tylko cyfrowa kreacja? Czy to rzeczywiście istnieje materialnie? Jest bardzo dużo kontekstów. Mam jednak wrażenie, że to nie jest łatwy czas dla marek. Teraz przede wszystkim liczy się trend, później wskaźnik cenowy, a niestety autorskość czy tożsamość marki i jej sposób działania stają się coraz mniej istotne. Wybijają się marki, które najszybciej zadeklarują i zamanifestują trendy pokazywane przez zagraniczne, duże domy mody. Robiąc takie komercyjne ruchy, zbierają młodą publiczność. Dużo marek autorskich upadło w ciągu ostatnich dwóch lat i to jest bardzo niepokojące. Duzi gracze, o których nie będę wspominała, deklarują autorskość, a de facto tworzą dosyć mocno przemysłową modę. Przejmują rynek, przejmują klientów. Idą za tym dużo większe pieniądze, lepsze współprace influencerskie, kampanie reklamowe, większa ekspozycja w social mediach i tak dalej. Naprawdę jest to taki czas, w którym nie można się ugiąć.

Ania

Czyli te duże marki komercyjne śledzą to, co robią mniejsze firmy, bardziej oparte na rzemiośle i później to kopiują, wprowadzając do obiegu?

Aurelia

Tak. Dotąd robiły to głównie duże sieciówki, polskie i zagraniczne. Teraz marki, które deklarują się jako autorskie, mają bardzo dobre źródła wiedzy, WGSN i tak dalej. Śledzą zagraniczne trendy, wprowadzają je na polski rynek i przejmują klientów. Często są to młodzi odbiorcy, ale nie tylko. Windują ceny i tak to wygląda. Takie jest tempo.

Ania

To jest w jakiś sposób smutne, że chcąc tworzyć markę bardziej slow fashion, gdzie liczy się staranne wykonanie, robienie czegoś z uczuciem, wkładanie w pracę serca i siebie, nie możecie sobie do końca pozwolić na odpoczynek i przestrzeń do tworzenia. Trzeba cały czas śledzić to, co się dzieje, być jeden krok do przodu, bo nie wiadomo, jak wszystko się potoczy.

Aurelia

Tak. Odpoczynek w markach autorskich... Ci, którzy je prowadzą, a znam też takie jednoosobowe firmy, naprawdę budzą mój podziw. Uważam, że nie ma tam miejsca na tak zwany odpoczynek. My też staramy się nie zwariować. Ci, którzy prowadzą autorskie marki, wiedzą, że właściwie nie ma tam spokoju. Znam marki jednoosobowe, które działają i mają się bardzo dobrze, ale często odbywa się to kosztem czasu prywatnego. Jesteśmy teraz w takim momencie, że, jak wspomniałam, duże marki deklarujące autorskość narzucają pewne tempo pracy. Marki slow fashion stają się fast fashion i wypuszczają coraz więcej dropów, przejmując w ten sposób rynek i narzucając określone tempo działania. Żeby nie utonąć i próbować dotrzymać tego tempa, my również staramy się, na miarę naszych możliwości, wypuszczać kolejne dropy.

Ania

A powiedz mi, czy kobiecość, to, że jesteście kobietami i tworzycie dziewczęcą, kobiecą markę – wpływa w jakiś sposób na to, jak działacie? Czy czujecie się inaczej traktowane na rynku mody właśnie ze względu na to, że jesteście kobietami?

Aurelia

Nie myślę. W branży mody jest bardzo dużo kobiet i mam wrażenie, że ta branża jest przejęta przez taką kobiecą energię. Aczkolwiek ja osobiście bardzo lubię modę męską, właściwie tę z wybiegów. Bardzo mnie inspiruje. Detale, które pojawiają się w ofercie męskich modeli, są dla mnie niezwykle interesujące. Uważam nawet, że w tym momencie oferta dla panów bywa dużo ciekawsza. Jeżeli chodzi o kobiecość, to tak, zdecydowanie jest ona obecna. Natomiast nigdy nie była dla nas priorytetowa. To nie kobiecość wyznaczała nasz kierunek i nie ona była punktem wyjścia do budowania marki.

Ania

A czy w jakiś sposób doświadczyłyście stereotypów albo oczekiwań wobec waszej marki właśnie jako marki kobiecej?

Aurelia

Nie. Bardziej zauważam pewne zachowania konsumenckie. Mężczyźni często pytają, czy nasze kimona będą dostępne także w wersji męskiej, czy oferta zostanie rozszerzona o produkty dla panów. Mam jednak poczucie, że na polskim rynku trzeba jeszcze wykonać pewną pracę, żeby taką ofertę stworzyć. Na pewno są to bardzo lojalni klienci – jeśli zdecydują się na jedną markę, to zwykle przy niej zostają. Natomiast komunikacja z męskim klientem jest po prostu inna. Chyba na ten moment nie mamy takich ambicji, żeby otwierać ofertę dla panów. Aczkolwiek pewnie kiedyś taki czas nastąpi.

Ania

Okej. A co daje wam prowadzenie własnej marki? Czy czujecie się dzięki temu bardziej widzialne, bardziej sprawcze?

Aurelia

Tak, myśmy bardzo z tą marką dojrzały. Zdecydowanie. Te pięć lat było sprawdzianem naszej odpowiedzialności, ale też sprawczości. Myślę, że każda osoba, która przechodzi z etatu – a to był też mój i mojej siostry przypadek – z wymagającej, ale jednak bezpiecznej pracy na własną działalność czy spółkę, bardzo szybko dojrzewa. Wiesz, że od ciebie zależy dużo więcej. Wiesz, że możesz kreować rzeczywistość. Jeżeli taka praca zaczyna się monetyzować, to oczywiście jest to motywujące. Ale równie motywujące jest to, że twoja narracja i twoje wyobrażenie o modzie znajdują odbiorców. To jest dla mnie najważniejsze – że znajdują klienta. Zawsze najbardziej rozczulają mnie klientki, które są z nami od początku. Ostatnio rozmawiałam z jedną z nich i pomyślałam sobie, że to jest niesamowite. Zaczęłyśmy przecież eksperymentować, wprowadzać nowe wzory, takie jak płaszcze Cambridge czy bardziej vintage’owe kierunki. A są klientki, które cały czas za nami podążają, eksperymentują razem z nami i są otwarte na te zmiany. To jest cały czas rozwój. Rozwój osobisty, rozwój dojrzałości, ale też rozwój biznesowy. Jeżeli nie masz wcześniejszego doświadczenia biznesowego ani życiowego w tym obszarze, to każdy dzień jest niespodzianką. Tak jak mówiłam, zaczynałyśmy od dużego sukcesu, także finansowego. To oznaczało, że musiałyśmy bardzo szybko zdobyć wiedzę o tym, czym jest netto, czym jest brutto, jak rozliczać podatki i tak dalej. Jednocześnie obie wyszłyśmy ze świata sztuki i pracy relacyjnej z odbiorcą. Ze świata, który może nie monetyzuje rzeczywistości w taki sposób, ale za to uczy zdrowego podejścia do pieniądza. To były rzeczy, których musiałyśmy nauczyć się bardzo szybko. Tę lekcję po prostu trzeba było odrobić.

Ania

A był jakiś taki szczególny moment, kiedy poczułyście, że to, co robicie, ma sens? Że to jest właśnie to?

Aurelia

Tak. Tak. No właśnie. Żyjemy w takich czasach FOMO, prawda? Takiego poczucia, że gdzieś indziej jest nasze miejsce. Że na pewno nie tutaj, nie w tym momencie, nie w tej pracy etatowej. Ja też jestem taką misyjną osobą. Mam wrażenie, że gdziekolwiek byłam, zawsze próbowałam czegoś więcej. Interesowało mnie to, co jest za kolejnymi drzwiami. Ale ten moment w życiu, który jest taki ucieczkowy, też nie jest mi obcy. Absolutnie. Podróżowanie w dalekie kraje, poszukiwanie miejsca, które byłoby dla mnie – to jest bardzo drenujące uczucie. Mam wrażenie, że to jedno z takich uczuć, które trawi nas wszystkich. Mamy tyle możliwości, a właściwie ich nie mamy. Ale tak, zdecydowanie. To przede wszystkim poczucie spokoju wewnętrznego. Pomimo tego, że pracujemy po dziesięć godzin na dobę, a czasami także w weekendy, bo różnie to bywa, jest ten moment, kiedy czujesz spokój i masz poczucie, że to jakoś opowiada historię o tobie. Że to jest o tobie. Dojrzewasz razem z tym i wiele rzeczy układa się samo. Tak jak powiedziałam na początku naszej rozmowy – mam wrażenie, że kosmos jest ci życzliwy i przynosi rozwiązania. Więc zdecydowanie bardzo dużo nas to nauczyło.

Ania

A czy bywają też takie momenty zwątpienia?

Aurelia

Oj tak. Zwątpienia jak najbardziej. I zmęczenia przede wszystkim, bo jedno napędza drugie. Oczywiście są projekty, które okazały się sukcesem, ale były też porażki. Przede wszystkim takie związane z produkcją, zmianą szwalni czy znalezieniem szwalni, która odpowiada naszym potrzebom — nie tylko jakościowym, ale też finansowym. Były projekty, w które wrzuciłyśmy dużo środków finansowych, wydawały się złotym Graalem, a okazywały się porażką z różnych względów. Czasami po prostu nie był to ten moment. I tu znowu wracamy do tematu trendów. Przypomina mi się teraz projekt kamizelki Spitzbergen. To była taliowana kamizelka z autorskim wzorem. Wypuściłyśmy ją dwa lata temu. Potem ten model zniknął. Klientki pytały, dlaczego wycofujemy coś, co tak bardzo im się podobało. A dziś jestem ubrana w bluzę, która również jest taliowana, wręcz w stylu renesansowym. Mam więc wrażenie, że czasami chodziły nam po głowie projekty, które dopiero po jakimś czasie zderzały się z trendami. Wtedy po prostu się nie sprzedawały. Pamiętam też autorską bluzkę, którą zrobiłyśmy z panią Natalią. Ręcznie szyła falbanki i podwójnie szyty kołnierz. Na ten projekt też musiał przyjść odpowiedni moment, żeby wybrzmiał, bo w tamtym czasie nie wpisywał się w trendy. Cały czas się uczymy. Komunikacja z klientem jest dla nas bardzo ważna. Uczymy się, jak sprawić, żeby te procesy były spójne. Korzystamy też z mentoringu i wsparcia osób z zewnątrz. Trzeba czerpać wiedzę od specjalistów. Mamy też świetną księgową. Jeśli ktoś pyta mnie, jak założyć markę, to powiedziałabym: absolutnie warto otaczać się specjalistami. Jeżeli chcesz skalować biznes, nie możesz robić wszystkiego samemu. Właśnie wtedy pojawiają się te porażki, o których mówimy. Bierzesz wszystko na siebie, jesteś zmęczony i w pewnym momencie przestaje cię interesować to, co było najfajniejsze w tej pracy – kreatywność i pomysł.

Ania

No tak. Rzeczywiście, czasami sekretem sukcesu jest otoczenie się odpowiednimi ludźmi, zaufanie im i niebranie wszystkiego na siebie. Szczególnie jeśli ma się tendencję do perfekcjonizmu. Wydaje się wtedy, że wszystko trzeba zrobić samemu i zrobić to idealnie. A później poświęca się zbyt wiele czasu detalom, rzeczom, które może nie są aż tak istotne. I gdzieś po drodze brakuje już przestrzeni na samo tworzenie i na czerpanie radości z tego, co się robi.

Aurelia

Tak, tak, tak. Trzeba mieć w tym wszystkim balans. I to też jest nauka. Cały czas się tego uczę. Nie wierzę, że to jest wrodzone. Może niektórzy tak mają, ale raczej jest to kwestia doświadczenia. Ja osobiście jestem bardzo szczegółowa. Kiedy tworzyłyśmy patterny, potrafiłyśmy z Olą zastanawiać się nad kolorem góry we wzorze, kolorem kapelusza, a ostatnio nawet nad kolorem kościoła w jednym z projektów. Czasami jednak detal jest już dopracowany, a cała reszta stoi w miejscu. W gruncie rzeczy kolekcja przestaje być spójna. Drop przestaje być spójny, bo całą energię skupiasz na jednym szczególe. A przecież jest taka szkoła, że pracuje się od ogółu do szczegółu, nie odwrotnie. Chociaż znam też osoby, które twierdzą, że powinno być odwrotnie. Ja jednak jestem zwolenniczką tej pierwszej drogi.

Ania

A powiedz mi, czy zdarza się, że jakiś projekt jest zbyt osobisty, żeby go sprzedać?

Aurelia

Zdecydowanie tak. Są rzeczy zbyt osobiste, żeby sprzedawać je w takim ogólnym kontekście. Na początku istnienia marki miałyśmy doradców, którzy sugerowali nam, żebyśmy wszystko oparły na tym, że jesteśmy siostrami bliźniaczkami. Oczywiście z czasem to wyszło i stało się pewnym znakiem rozpoznawczym, ale nie chciałyśmy budować marki wyłącznie na wyjątkowości naszej relacji. Nie chciałyśmy tego sprzedawać w ten sposób. Są też projekty bardziej intymne i osobiste. Były patterny, nad którymi się zastanawiałam – nie będę ich teraz przywoływać, które ostatecznie nie weszły do oferty. Dużo jest takich rzeczy. Ta autorskość, którą tworzymy, opiera się raczej na metaforze. Możemy mówić o wielu rzeczach, ale najczęściej robimy to właśnie poprzez metaforę.

Ania

A czy bywają takie momenty ciszy, przestoju? Kiedy nic się nie dzieje albo macie poczucie, że brakuje odzewu od klientów? Że wkładacie dużo pracy, a nic do was nie wraca?

Aurelia

Tak. To wszystko wiąże się z tempem sprzedaży. Wiadomo, że końcówka roku jest bardzo burzliwa. Kumulują się targi, indywidualne spotkania z klientami, zimowe wyprzedaże. Ruch jest wtedy duży – zarówno cyfrowy, jak i ten realny. Ale jest też taki trudny moment dla marek autorskich – styczeń, luty, marzec, ten początek roku. Wtedy pojawia się cisza. Trzeba umieć tak rozplanować pracę, żeby tego nie przeżywać. Pamiętam, że miałam momenty, kiedy wydawało mi się, że skoro jest cisza, to już koniec. A tak naprawdę to jest czas na dopracowanie sklepu internetowego, uporządkowanie procesów sprzedażowych, kontaktu z klientem i wielu innych rzeczy. W naszym przypadku nadal jest bardzo dużo do zrobienia. Takich rzeczy, które mogą skrócić czas kontaktu z klientem czy przyspieszyć wysyłkę. Ciągle się z tym mierzymy, bo jesteśmy marką autorską. To jest też czas na uporządkowanie myśli. Ale powiem wam, że mamy ostatni dzień roku, a ja już od tygodnia mam głowę pełną pomysłów. Zamawiam próbki tkanin, jeżdżę po hurtowniach. Pracujemy już nad kolekcją wiosenną. Powstają sylwetki, line-upy, wszystko jest planowane. Każda rzecz ma swój moment w roku.

Ania

Chciałabym jeszcze wrócić do lokalności. Siedzimy teraz w waszej pracowni. Przez okno widzę gdyńskie wzgórza, lasy, dachy i mewy latające w przestworzach. Sam ten widok jest inspirujący. Powiedz mi, czy czujesz, że Gdynia i to miejsce was inspirują? Czy lokalność jest dla was ważna?

Aurelia

Tak, zdecydowanie. Myślę, że gdyby nie Gdynia, to może nawet nie byłoby tej marki. W jakiś zadziwiający sposób – nie będę tego interpretować, może to kwestia kosmosu – marka właśnie tutaj się ujednoliciła i stworzyła. Mam poczucie, że to miejsce spokoju. Miejsce do zebrania myśli. Obie mieszkałyśmy wcześniej w Gdańsku, który jest bardziej dynamiczny, zawodowy, biznesowy. Gdynia daje szansę na zatrzymanie się. Mamy tutaj niewielką pracownię, możemy zebrać myśli i pracować w swoim rytmie. To też najbardziej relacyjne miasto w Polsce. Naprawdę inspiruje mnie każdego dnia. Jest w nim coś modernistycznego, trochę izraelskiego – niektórzy mówią, że Gdynia przypomina Izrael. To miejsce nowoczesne, a jednocześnie bardzo szlachetne. Na pewno wpływa na naszą ofertę i na taki spokój w projektowaniu. Można tutaj znaleźć zarówno szwalnie, jak i krawcowe, które pomagają w codziennej pracy. To bardzo ważne. Miałyśmy doświadczenia współpracy ze szwalniami na południu Polski, w Katowicach czy Łodzi. To wymaga ogromnej logistyki i nie zawsze jest opłacalne. Tutaj, jeśli zbuduje się dobre relacje, produkcja nabiera tempa.

Ania

No właśnie. Mamy tutaj bliskość Kaszub, tradycyjnych wzorów, rzemiosła i tkanin. Czy próbujecie przekładać tę lokalną tradycję na wasze patterny i wzory?

Aurelia

Tak, absolutnie. Przede wszystkim kolorystyka. Mam wrażenie, że to jest bardzo organiczne, bo po prostu wyrosłyśmy w tej kolorystyce. Trudno ją nawet jednoznacznie nazwać. Jest transparentna, organiczna, pastelowa. Myślę, że gdzieś jest w nas. Przekłada się to na spójność i harmonię wzorów. Jeśli miałabym mówić o bardziej dosłownych odniesieniach, musiałabym sobie przypomnieć konkretne projekty. Na pewno takie były. Ale ta lokalność to też spokój, ciekawe osobowości, które spotykamy w Gdyni. Ludzie użyczają nam przestrzeni do sesji zdjęciowych i kampanii reklamowych – pozdrawiam Dianę Lenart. Są inicjatywy takie jak Halo Kultura, które mają pracownię sitodruku. To naprawdę bardzo kreatywne miejsce. Niewielka przestrzeń do życia, ale pełna ludzi o ogromnej kreatywności, którzy robią bardzo ciekawe rzeczy. I to też przekłada się na wszystko, co tworzymy. Wracając do kolorów, zdecydowanie chodzi o tę pastelową, jednorodną paletę. Jest w niej wpisany trójmiejski krajobraz. Aha, właśnie przypominam sobie jeden projekt. To była pikowana kurtka... Nie pamiętam teraz nazwy. Chyba kolekcja jesień–zima... Były takie paterny, które dosłownie przywoływały fale morskie.

Ania

No tak, bo stąd, od waszej pracowni, jest chyba ile? Dziesięć minut piechotą nad morze?

Aurelia

Tak, tak. Komfortowo, dziesięć minut, zdecydowanie. Mam wrażenie, że ten wiatr wieje tutaj prosto od morza. Dzisiaj szczególnie, po tej burzliwej i wietrznej nocy. Takie prawdziwie trzeźwe powietrze wisi w powietrzu.

Ania

Powiedz mi jeszcze, jakie są wasze plany na przyszłość? Wspomniałaś już chwilę temu, że po głowie chodzą wam kryzy, falbany i też jakiś zwrot ku romantyzmowi.

Aurelia

Tak, zdecydowanie. My razem z tą marką dojrzewamy. Jest taki moment w roku, kiedy oglądamy się wstecz i właśnie teraz ten czas nadszedł. Zawsze podsumowujemy sobie rok pod kątem oferty. Patrzymy, które modele były najbardziej sprzedażowe, które trendy, który kierunek był słuszny, a gdzie były porażki, bo wiadomo, że takie też się zdarzają. Widzę też, jak bardzo ubieramy się w struktury. I uważam, że to jest bardzo pozytywne. Kiedyś bardzo się przed tym wzbraniałam, ale chodzi o struktury i procesy sprzedażowe, które idą równolegle z kreacją i potrzebą twórczości. Widzę też, że powoli odchodzimy trochę od wzorzystości. Idziemy w spokój, jeśli chodzi o kolorystykę. Myślę, że nasza dojrzałość właśnie nas w tę stronę kieruje. W tym momencie pracujemy nad kolekcją wiosna–lato i mogę już trochę uchylić rąbka tajemnicy. To będzie taki romantyczny eskapizm. Maria Antonina. Coś bardzo romantycznego, renesansowego, bogatego, może nie w kolor, ale w formę. Taki zwiastun tego kierunku można było zobaczyć już przy ostatnim dropie Vintage Pleasure, gdzie wypuściłyśmy pikowany płaszcz Cambridge i koszulę z kryzą. To będzie kierunek oparty na szlachetnych kolorach i formach.

Ania

Okej. A jaką radę dałabyś osobom, które zaczynają swoją przygodę z własną marką?

Aurelia

Życzyłabym przede wszystkim sił witalnych. To raz. A dwa – żeby od samego początku równolegle prowadzić wszystkie procesy. Jeżeli chcesz skalować biznes, musisz od początku zadbać o dobre procesy związane z prowadzeniem sklepu online, kontaktem i komunikacją z klientem, a później także o procesy wysyłkowe. Najlepiej część z tych rzeczy outsourcingować, czyli zlecać firmom zewnętrznym. Na przykład obsługę wysyłek. Dzięki temu zostaje ci więcej przestrzeni na kreatywność. Jeżeli jesteś osobą, która tworzy kolekcje i sprawuje pieczę nad wizerunkiem marki, to ta przestrzeń jest naprawdę potrzebna. My jesteśmy jeszcze trochę ze starej szkoły. Ja nadal prowadzę social media i wydaje mi się, że to jest dla mnie najbliższy kontakt z klientem. Dzięki temu widzę tempo zmian, obserwuję, co się sprzedaje i jakie są reakcje na poszczególne dropy. Ale to wszystko zależy od sytuacji. Natomiast życzyłabym sobie i wszystkim innym znalezienia balansu. Balansu w projektowaniu, balansu w tworzeniu i balansu w odpoczynku. Żeby nie stawiać wszystkiego na jedną kartę. Mam poczucie, że właśnie z takiego miejsca powstają najlepsze kolekcje.

Ania

Kontynuując ten temat, czy w ogóle masz przestrzeń na takie dni nicnierobienia?

Aurelia

Jest ciężko. Naprawdę ciężko. Organizm pracuje trochę cały czas na wysokich obrotach. Nawet kiedy nic nie robię, wykonuję pracę mentalną dotyczącą tego, co mogłabym zrobić. Zbieram dane. Mam wrażenie, że jest trochę jak u pisarzy. Ostatnio słyszałam, że pisarze cały czas wewnętrznie zbierają dane – jadąc autobusem, słuchając rozmów pasażerów. Ja też tak mam. Zbieram dane i mam poczucie, że to jest taka podprogowa praca, która cały czas zapisuje się gdzieś na dysku. Aczkolwiek dzisiaj wiem już, że będę musiała wykonać też inną pracę. Taki spokój daje mi Franek, czyli chart, którego mam od półtora roku. On wymaga długich spacerów i wtedy ten kortyzol rzeczywiście spada. Ale to jest na pewno praca do wykonania dla nas wszystkich.

Ania

Jeszcze takie pytanie. Czy jest jakieś jedno uczucie, jedna emocja, jedno słowo, którym mogłabyś określić Aurelia & Zwei Frauen?

Aurelia

Radość. To jest radość projektowania. Zawsze od niej wszystko się zaczyna. To ciekawość tego, co możemy zaoferować, co możemy zaproponować. We mnie jest bardzo dużo dziecięcości. Wracam do tego miejsca, w którym kroiłam sobie ubrania, przebierałam w autorskich guzikach mojej babci, zakładałam jej lakierki. To wszystko bierze się właśnie z tej dziecięcej radości. Z tego miejsca. Tak.

Ania

I skoro kończy się rok, czego życzyłabyś sobie i swojej siostrze w nowym roku?

Aurelia

Życzyłabym sobie wiary. Pełnej wiary w to, co robimy. Widzę, że czasami pojawia się w nas zwątpienie związane właśnie z tym, o czym mówiłam wcześniej. Rynek nie jest łatwy. Bardzo dużo się zmienia. Dynamika mody zmienia się na każdym poziomie i czasami trzeba wręcz za tym biec. Ale życzyłabym nam wiary, że to jest dobry kierunek. Wiary w nasze projektowanie. Że mamy swoje miejsce na mapie polskich marek. To zdecydowanie ta emocja. Chciałabym, żebyśmy ją w sobie wzmocniły.

Anna

W takim razie życzę wam, żeby marka rosła w siłę, żeby nadal wspaniale się rozwijała i żebyś miała z tego jak najwięcej przyjemności i radości.

Aurelia

Tak, tak. A ja mam jeszcze nadzieję, Aniu, że spotkamy się przy projekcie, który dotyczy zarówno pracy produkcyjnej, jak i warsztatowej. Spotkań wokół tkaniny. Jeżeli ten projekt przejdzie, będzie dużo okazji do spotkań.

Ania

No tak. I do włączenia jeszcze sztuki.

Aurelia

I do włączenia sztuki, która zawsze była dla nas bardzo istotna.

Ania

Właśnie. Tutaj jeszcze miałyśmy cały temat, ale to chyba materiał na osobny odcinek – o tym, jak pożenić sztukę z projektowaniem ubrań. Bo myślę, że można powiedzieć, że to, co robicie, jest jednak sztuką. To cały czas taki mariaż projektowania i działań artystycznych.

Aurelia

Bardzo bym chciała, żeby tak było. Zdecydowanie. Edukacja w zakresie tkaniny to temat, przy którym mamy jeszcze bardzo dużo do zrobienia. Polskie autorskie marki powinny mieć szansę na zdobywanie zewnętrznych środków, żeby opowiadać o swoich projektach, organizować warsztaty wokół tkaniny. To jest naprawdę bardzo istotne. Mamy pewną świadomość konsumencką, ale najczęściej kończy się ona na momencie zakupu i jakości tkaniny. Tymczasem warto wiedzieć, skąd ta tkanina pochodzi i jak się ją wytwarza. To jest naprawdę dobry moment na takie działania. Połączenie sztuki i mody jest ważne również dlatego, że miałam okazję doświadczyć ogromnego szacunku do tkaniny. Miałyśmy pop-up w Antwerpii, gdzie działa duża szkoła mody. Potrzeba wiedzy o tym, jak powstają ubrania i tkaniny, jest tam przeogromna. Mam wrażenie, że edukacja dotycząca produkcji tkanin, a także tego, kto je projektuje i sprzedaje, jest bardzo potrzebna. Zwłaszcza dziś, w dobie Shein i Temu, w dobie szybkiej mody „dzisiaj to, jutro tamto”. To jest przeogromnie ważne, bo będzie wyznaczało kierunek naszej mody na kolejne lata.

Ania

No dobrze, bardzo dziękuję.

Aurelia

Ja również bardzo dziękuję. W imieniu swoim i mojej siostry.

Ania

Pozdrawiamy siostrę.

Aurelia

Pozdrawiamy Izę, która ma w tym momencie spotkanie z klientką i nie mogła uczestniczyć w rozmowie.

Anna

Dobrze, no to dziękuję bardzo.

Aurelia

Dzięki bardzo. Pa.

[dżingiel]

Ania

Za nami kolejny odcinek ArteCastu. Moją gościnią była Aurelia z duetu Aurelia & Zwei Frauen, czyli marki modowej, która łączy rzemiosło, design i artystyczną uważność, pokazując, że przedmioty mogą mieć swoją historię, tempo i emocje. Jeśli chcecie zobaczyć jak wygląda ich praca od kuchni i przyjrzeć się ich projektom, wszystkie linki znajdziecie w opisie odcinka.

A jeśli ten odcinek był dla was inspirujący, zostawcie subskrypcję, ocenę albo udostępnijcie go dalej. To naprawdę pomaga Artecastowi docierać do kolejnych słuchaczy.

A w następnym odcinku wracamy z kolejną rozmową o sztuce, o emocjach, bliskości i procesie twórczym. Będzie o pracy na własnych zasadach, o decyzjach, które pomagają w tworzeniu sztuki, o wrażliwości i w ogóle o tym, co najważniejsze.

Tak więc do usłyszenia w kolejnym ArteCaście.